Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Bez rozgrywającego i bez zwycięstwa

Niedziela, 10 Listopada 2013, 1:00, Michał Fałkowski

O tym, że w wąskim i zdziesiątkowanym kontuzjami składzie liczą się każde ręce do pracy, boleśnie przekonał się Anwil Włocławek. W meczu z AZS Koszalin gra układała się dopóki każdy mógł wykonywać swoje zadania. Kiedy na boisku zabrakło Dusana Katnicia, a za rozgrywanie musieli wziąć się niscy skrzydłowi, gra stanęła i Rottweilery przegrały 70:66.

O tym, że w wąskim i zdziesiątkowanym kontuzjami składzie liczą się każde ręce do pracy, boleśnie przekonał się Anwil Włocławek. W meczu z AZS Koszalin gra układała się dopóki każdy mógł wykonywać swoje zadania. Kiedy na boisku zabrakło Dusana Katnicia, a za rozgrywanie musieli wziąć się niscy skrzydłowi, gra stanęła i Rottweilery przegrały 70:66.
To był przedziwny mecz, w którym nic nie wyglądało tak jak powinno. Lider Anwilu Seid Hajrić zaczął go na ławce i wydaje się, że mentalnie został tam do końca. W pierwszej połowie, gdy na boisku był jeszcze Dusan Katnić, piłki rozgrywał środkowy Keith Clanton. W drugiej, po kontuzji serbskiego rozgrywającego za kreowanie gry musieli się zabrać Michał Sokołowski z Deividasem Dulkysem. O tym jak im to wychodziło niech świadczy liczba uzyskanych wspólnie asyst, czyli jedna. Gdy dodamy do tego liczbę strat zespołu, czyli dwadzieścia trzy, oraz fakt, że gdy w końcówce ważyły się losy spotkania na parkiecie brakowało najskuteczniejszego z włocławian, to wydaje się, że tego dziwnego meczu nie sposób było wygrać.

A jednak. Mimo tych wszystkich mankamentów Anwil do samego końca pozostawał w grze. Czemu? Bo gospodarze również prowadzili pojedynek w niezwykły sposób. Zamiast grać zespołowo, punktowali tylko trzej Amerykanie (z 70 punktów drużyny aż 60 zdobyło trio Henry – Sykes – Dunn). Ponadto Akademikom nie udało się porzucić dotychczasowych złych przyzwyczajeń i nadal podejmowali błędne decyzje. Przykładem może być akcja, w której Zbigniew Białek mając mnóstwo miejsca na obwodzie, zamiast rzucać, ruszył pod kosz Anwilu. Tam czekało na niego trzech obrońców w niebieskich strojach i zagranie skończyło się oczywiście stratą. I wreszcie Gasper Okorn. Trener, który miał dać zespołowi impuls, a w trzeciej kwarcie nieomal go zatrzymał dwoma faulami technicznymi (jeden ostatecznie przypisano ławce).

W tej grze błędów przez długi czas Anwilowi udawało się być stroną przeważającą. W drugiej kwarcie goście prowadzili już nawet dwunastoma punktami, na co niebagatelny wpływ miała dyspozycja Keitha Clantona. Amerykański center kozłował, zbierał, blokował, a co najważniejsze zdobył 19 punktów do przerwy. Głównie dzięki jego grze pod koszem i trafieniom Danilo Mijatovicia z dystansu Anwil zszedł do szatni przy prowadzeniu 42:31. Nastroje na dalszą część pojedynku były umiarkowanie dobre, bo nikt nie wiedział jakie znaczenie dla wyniku będzie miało zdarzenie z 19. minuty. Wtedy właśnie wzięty w kleszcze Dusan Katnić upadł na parkiet i jak się później okazało już na niego nie powrócił. Serbski rozgrywający doznał stłuczenia mięśnia, które wykluczyło go z dalszej gry.

Walczyli za to pozostali, zwłaszcza skrzydłowi. Nie można bowiem odmówić Michałowi Sokołowskiemu i Deividasowi Dulkysowi zaangażowania. Obaj starali się jak mogli, ale aż nadto widoczne było, że kreowanie akcji nie stanowi ich domeny. Gdy tylko Anwil otrzymywał piłkę, rywale mocno naciskali na obwodzie i kolejne zagrania kończyły się stratami. Przez kilkanaście minut zdobywanie punktów przychodziło włocławianom z takim trudem, jakby mieli przed sobą ścianę nie do przebicia. Skuteczność zatracił nawet Keith Clanton i AZS najpierw wyrównał stan meczu, a później wyszedł na prowadzenie.

Nadzieja dla Anwilu pojawiła się 5 minut przed końcem spotkania, gdy w ataku otworzył się Deividas Dulkys. Litwin zrozumiał, że próby realizowania zespołowych zagrywek się nie udają, więc trzeba samemu wziąć piłkę w ręce i spróbować umieścić ją w koszu. Najpierw zrobił to dynamicznym wsadem, później czterokrotnie przymierzył z linii rzutów wolnych i Anwil prowadził 63:59. Niestety, w kolejnych dwóch akcjach znów zaszwankowało rozegranie i na 53 sekundy przed końcem AZS doprowadził do remisu 63:63. Wtedy nastąpił moment rozstrzygający. Rzut Mateusza Kostrzewskiego zablokował Bartłomiej Wołoszyn, a w odpowiedzi szaloną trójkę trafił Dunn. Włocławianie próbowali jeszcze odmienić losy spotkania, ale popełnili kolejne błędy i musieli zejść z parkietu pokonani.

Niedzielna porażka w Koszalinie bardzo przypominała ostatnie dwa mecze o brązowy medal. Wtedy też Anwil walcząc z AZS dobrze wypadał w pierwszych połowach, a zwycięstwo wymykało mu się z rąk po przerwie. Na szczęście, to nie ostatni w tym sezonie mecz z Akademikami i włocławianie zadbają jeszcze o to, żeby karta się odwróciła.
 

AZS Koszalin – Anwil Włocławek 70:66 (13:22, 18:20, 16:9, 23:15)

AZS:
Henry 21, Sykes 20, Dunn 19, Białek 7, Mielczarek 2, Raczyński 1, Bigus 0, Brandwein 0, Wołoszyn 0

Anwil: Clanton 21, Dulkys 16, Sokołowski 12, Mijatović 11, Katnić 4, Hajrić 2, Kostrzewski 0


SZCZEGÓŁOWE STATYSTYKI