W swoim 30. meczu w tym sezonie Anwil Włocławek przegrał z Energą Czarnymi Słupsk 55:68. O korzystnym wyniku nie mogło być mowy, ponieważ pod koszem skrzydeł nie pozwolono rozwinąć Seidowi Hajriciowi, a na obwodzie zbyt niedokładni byli Piotr Pamuła i Jordan Callahan. W ostatniej kwarcie Rottweilery zdobyły tylko 8 punktów.
„Miłe złego początki” - tak można by w skrócie opisać pierwsze minuty meczu. Spotkanie rozpoczęło się od dwóch bloków Danilo Mijatovicia oraz skutecznych rzutów z dystansu Jordana Callahana i Michała Sokołowskiego. Prowadzenie Anwilu jak szybko się pojawiło, tak samo niepostrzeżenie zniknęło. Po stronie gospodarzy o właściwe kończenie ataków zaczęli dbać Garett Stutz i Jordan Hulls. Jednocześnie twarda obrona skutecznie zniechęciła gości do prowadzenia otwartej defensywy. Po pięciu minutach Czarni prowadzili minimalnie, a po zakończeniu pierwszej kwarty już wyraźniej (18:12).
Bolączką Anwilu było zupełne odpuszczenie walki o zbiórki. Przez pierwszych sześć minut, gdy kształtował się obraz gry, włocławianie wywalczyli tylko 2 piłki odbite od obręczy. Później było niewiele lepiej, a obrazu słabej postawy w „pomalowanym” dopełniały nieudane penetracje. Gdy tylko któryś z koszykarzy Anwilu rozpędzał się i próbował rzutów typu lay-up, natychmiast bez pardonu dostawał po rękach. Mocne faule Czarnych i jednoczesne nad wyraz skrupulatne odgwizdywanie przewinień wysokim z Włocławka, sprawiło, że Anwil zupełnie nie potrafił odnaleźć rytmu. Przodował w tym Seid Hajrić. Kapitan i najsilniejszy gracz zespołu, zamiast być pierwszym do walki, to szybko dał się zdeprymować faulami odgwizdanymi mu w ataku. Zupełnie niewidoczny, opuścił parkiet przed końcem spotkania, nie wnosząc do wyniku praktycznie nic.
Jako, że Energa Czarni nie dążyła do podniesienia poziomu spotkania i przez kilkadziesiąt minut ograniczała się do bronienia kilku i kilkunastopunktowej przewagi, to aż do czwartej kwarty można było mieć nadzieję na odwrócenie losów meczu. Tak naprawdę wystarczyłby jeden solidny zryw i Anwil mógłby prowadzić. Próba taka pojawiła się w trzeciej kwarcie, gdy trójki trafili Paul Graham, Jordan Callahan i Michał Sokołowski. Ten ostatni dołożył jeszcze akcję 2+1 i na tablicy wyników pojawił się remis 42:42. Cały trud szybko jednak poszedł na marne, bo szkolne błędy przy rozgrywaniu piłki popełniać zaczęli Callahan z Pamułą, a korzystali na nich Statz z Hullsem. Na koniec trzeciej kwarty, jak zresztą za każdym razem, gdy czas naglił, Czarni zdobyli kolejne punkty i prowadzili 53:47.
Kto oczekiwał, że Anwil po raz piąty w tym sezonie przechytrzy słupszczan i wygra minimalnie, srodze się zawiódł czwartą kwartą. Oprócz Michała Sokołowskiego, który w tym meczu wyrastał umiejętnościami i ambicją ponad wszystkich swoich kolegów, nikt nie zasłużył w niej choćby na najmniejsze słowa uznania. Hajrić faulami w ataku sam wyeliminował się z gry, Callahan poszedł w jego ślady, Grahama stać było tylko na punkt z linii rzutów osobistych, a Mijatović nie trafił za trzy ostatniego rzutu mogącego dać włocławianom nadzieję. W efekcie Rottweilery zdobyły w decydujących dziesięciu minutach tylko 8 punktów i przegrały ostatecznie 68:55.
Dla zmęczonego i poobijanego Anwilu była to pierwsza w tym sezonie porażka z Czarnymi (wcześniej cztery wygrane). Niestety, zmęczeni włocławianie ustanowili w Słupsku swój niechlubny rekord sezonu, zdobywając tylko 55 punktów. Po stronie pozytywów zapisać należy, że za sprawą kolejnej porażki Rosy, Anwil wciąż ma przewagę w rywalizacji o czwarte miejsce w tabeli.
Energa Czarni Słupsk – Anwil Włocławek 68:55 (18:12, 19:18, 16:17, 15:8)
Energa Czarni: Hulls 22, Trice 16, Stutz 14, Mokros 6, Śnieg 5, Borowski 3, Zimmerman 2, Taylor 0, Gruszecki 0
Anwil: Sokołowski 22, Callahan 14, Graham 9, Kostrzewski 4, Pamuła 2, Mijatović 2, Hajrić 2.