Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Andrzej Pluta: Miałem sygnał by atakować!

Niedziela, 06 Grudnia 2009, 1:00, Michał Fałkowski

- Po przerwie dostałem sygnał, że mam atakować i tak to wszystko wyglądało – mówi kapitan Anwilu, Andrzej Pluta, który w meczu z PGE Turówem Zgorzelec zdobył 20 punktów i poprowadził swój zespół do zwycięstwa.

- Po przerwie dostałem sygnał, że mam atakować i tak to wszystko wyglądało – mówi kapitan Anwilu, Andrzej Pluta, który w meczu z PGE Turówem Zgorzelec zdobył 20 punktów i poprowadził swój zespół do zwycięstwa.

Jacek Seklecki: 20 punktów, w tym te osiem decydujących na koniec czwartej kwarty. Można powiedzieć, że Andrzej Pluta wypunktował Turów?

Andrzej Pluta: Nie, zdecydowanie nie. Nigdy nie jestem zwolennikiem tego, że to jeden zawodnik przesądził o wygranej. Ja po prostu wyszedłem na parkiet, zrobiłem swoje i to wszystko. W pierwszej kwarcie miałem do dyspozycji siedem, osiem minut, wykorzystałem swoje rzuty i później siedziałem do końca pierwszej połowy na ławce rezerwowych. Po przerwie dostałem sygnał, że mam atakować i tak to wszystko wyglądało. Czasami ktoś powie, że Pluta słabo w pierwszej połowie, ale to może oznaczać, że grę organizujemy na kogoś innego w drużynie.

W tym meczu Andrzeja Plutę widać było nie tylko w końcówce, ale i w pierwszej połowie, kiedy to odskoczyliście Turowowi na kilka punktów.

Każdy zawodnik oprócz pełnego podporządkowania taktyce zespołu ma swój charakter i potencjał. Każdy więc może zerwać jakąś zagrywkę, ale wtedy bierze na siebie odpowiedzialność, że w przypadku niepowodzenia schodzi na ławkę rezerwowych. Czasami jednak w sporcie tak jest, że decyzję trzeba wziąć na siebie i zaryzykować. Cieszę się, że koledzy bardzo mi pomagali w wykreowaniu dobrych pozycji, kierowali do mnie piłki, a ja odwdzięczyłem im się celnymi rzutami.

Wygraliście, mimo sporej przewagi zgorzelczan w zbiórkach. Krzysztof Roszyk mówił, że co z tego, iż mieli więcej zbiórek, jak one wynikały po prostu z ich pudeł.

Dokładnie tak. My jednak nie możemy pozwalać na to, że będą nam zbierać i ponawiali akcje. W końcówce była taka sytuacja, że rzucali na dogrywkę i gdyby nie spudłowali, mielibyśmy ciężki orzech do zgryzienia. To na pewno musi być przedmiotem naszej pracy w najbliższym czasie. Nie jest tak, że wygraliśmy i nie popełniliśmy błędów. Były błędy w ataku, gdzie momentami źle się ustawialiśmy. Jeden zawodnik stał przy drugim i piłka stała w miejscu. Zbyt często rzucaliśmy też z obwodu. Wiadomo, że są zawodnicy, którzy powinni rzucać często, a inni z lepszymi parametrami fizycznymi powinni iść pod kosz, aby wymuszać faule.

Czy przed tym meczem przedmiotem waszych przygotowań nie były dwie postaci: Michael Wright i Andrej Urlep. Jeden podkoszowy dominator, drugi świetny taktyk, który przejmuje zespół w kryzysie.

Nie, zdecydowanie tak się nie da. Przeciwko Turowowi mieliśmy odpuszczać Wysockiego, a ten w decydujących momentach rzucił kilka trójek i miał udane wejścia pod kosz. Zawodnik odpuszczany będzie rzucał, gdyż nie widzi przy sobie obrońcy, a i chce pokazać, że on też jest groźny. Poza tym Turów jest na tyle silną drużyną, że i na obwodzie ma świetnych koszykarzy i pod koszem. Tym bardziej cieszy nas zwycięstwo z tak silnym wicemistrzem Polski.

Przed tym meczem mówił Pan, że po zmianie trenera w daną drużynę wstępuje nowa jakość. Widać to było po Turowie?

Trener Urlep miał zdecydowanie za mało czasu, aby cokolwiek jeszcze zrobić z tym zespołem. Nie miał właściwie możliwości przyjrzenia się temu, co ta drużyna potrafi. Znamy trenera Urlepa i wiemy, że zawsze rządzi swoją silną ręką i wszystko musi być tak, jak on chce. Dlatego też wierzę, że Turów jeszcze podniesie się z tego kryzysu i w dalszej części sezonu będzie silnym zespołem.

W ostatnim czasie sporo podróżowaliśmy. Wyjazdy do Jarosławia i Dąbrowy Górniczej. Był czas na to, aby spokojnie przygotować się do tego meczu?

Zdecydowanie nie było za dużo czasu na przygotowanie. Przyjechaliśmy w nocy w środę, czwartek był dniem wolnym, w którym mieliśmy odnowę biologiczną, dlatego został nam tylko piątek. Nie było więc za dużo czasu, ale tak już jest u nas w Polsce z logistyką, że 500 km jedzie się 10 godzin.

Spośród czterech najlepszych drużyn poprzedniego sezonu pokonaliście już Energę Czarnych i PGE Turów. Przed wami Asseco Prokom Gdynia, który do tej pory nie poniósł jeszcze porażki.

Jedziemy na mecz z mistrzem Polski, wiemy, jaki potencjał drzemie w drużynie Asseco Prokomu i mimo, że w Eurolidze nie radzą sobie najlepiej to na krajowym podwórku wciąż są bardzo mocni. Każdy z zawodników jest bardzo doświadczony i my, jeżeli tylko marzymy o tym, aby zwyciężyć w Gdyni, musimy grać bardzo zespołową koszykówkę.