Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Andrzej Pluta: Jej dedykuję ostatnie chwile na boisku

Piątek, 15 Kwietnia 2011, 1:00, Michał Fałkowski

W dniu w którym sportową karierę kończy legenda polskiej koszykówki, Andrzej Pluta, mamy przyjemność opublikować specjalny wywiad udzielony „Naszemu Anwilowi” i oficjalnej stronie internetowej klubu. Zachęcamy do lektury tej bardzo osobistej rozmowy, będącej pożegnaniem z wielką sportową sławą.

W dniu w którym sportową karierę kończy legenda polskiej koszykówki, Andrzej Pluta, mamy przyjemność opublikować specjalny wywiad udzielony „Naszemu Anwilowi” i oficjalnej stronie internetowej klubu. Zachęcamy do lektury tej bardzo osobistej rozmowy, będącej pożegnaniem z wielką sportową sławą.
Łukasz Pszczółkowski: Jak dochodził pan do tak poważnej decyzji, jaką jest zakończenie trwającej 20 lat kariery sportowej?

Andrzej Pluta - Wszystkie takie ważne sprawy trzeba dokładnie i spokojnie przemyśleć, a najlepszym na to czasem jest przerwa między sezonami. Po ostatnim gwizdku przychodzi pora zatrzymać się na chwilę i rozważyć to co było, pomyśleć o przyszłości i zrobić bilans własnemu organizmowi. Jestem człowiekiem zdyscyplinowanym i lubię mieć plan na życie, który później konsekwentnie realizuję. Pamiętam, jak w 2006 roku graliśmy eliminacje do hiszpańskiego Eurobasketu i udało nam się je zakończyć podwójnym sukcesem, bo awansem i zapewnieniem Polsce organizacji następnej imprezy. Już wtedy podjąłem decyzję o tym, że Mistrzostwa Europy w Hiszpanii będą moim pożegnaniem z kadrą. Później, po ostatnim meczu w Alicante poszedłem do prezesa Ludwiczuka i trenera Urlepa i poinformowałem ich o tym, co postanowiłem. Było około północy, bo mecz zakończył się późno, a oni chcieli usiąść i przekonać mnie, żebym poczekał z pożegnaniem aż do polskiego Eurobasketu. A ja wolałem robić coś na 100% z radością i euforią, niż rozmieniać się na drobne. Dlatego pozostałem przy swoim zdaniu.

Myślę jednak, że tamta decyzja nie była tak trudna jak dzisiejsza, bo nie oznaczała definitywnego zerwania z koszykówką…

- Tak, po tym fakcie chciałem się skupić na karierze klubowej. Marzyłem o jeszcze czterech sezonach rozegranych na bardzo dobrym poziomie, bo ja zawsze mówię, że wolę stawiać na jakość, a nie na ilość. Nie widziałem sensu ciągnięcia mojej kariery w nieskończoność. Uważam, że każdy ma swój czas i sam wie najlepiej, ile może dać drużynie.

To kiedy był pan pewien, że więcej nie założy koszulki meczowej?

- Już przed tym sezonem wiedziałem, że to będą moje ostatnie rozgrywki w życiu. Nikomu, poza żoną Justyną o tym nie mówiłem, ale od początku miałem świadomość, że to ostatnie akcenty mojej kariery koszykarskiej. Nawet ci, którzy nie wiedzieli o mojej decyzji mówili czasem: „Andrzej mógłbyś dłużej pograć, wychodzić z ławki i rzucać punkty podmęczonemu przeciwnikowi”. Tyle, że oni nie mieli świadomości, że mecz to jest deserek ze śmietaną, a przed nim i po nim jest ciężka praca. A ja nie potrafię wyjść na trening i oszukiwać, odpuszczać. Pracowałem na swój autorytet i markę właśnie solidnością i 110-procentowym zaangażowaniem. To mnie ukształtowało i chciałem do końca taki pozostać. Myślę, że się udało.

Rozumiem, że w czwartym meczu z Treflem Sopot miał pan świadomość, że może po raz ostatni wybiega na parkiet?

- Ta świadomość doskwierała mi szczególnie w domu, przed meczem. Wychodząc powiedziałem do żony, że „to może być mój ostatni mecz”. I tak się właśnie stało. Myślę sobie, że może taki scenariusz był mi pisany: zakończyć karierę w Hali Mistrzów, przed własną publicznością.
I zakończył pan ją w swój firmowy sposób: celnym rzutem za trzy, który to był ostatnim trafieniem Anwilu w sezonie 2010/2011.

- Nawet nie pamiętam, czy to była trójka, bo bardziej przeżywałem wydarzenia boiskowe. Nadmienię tylko, że w play off trafiłem 15 na 15 rzutów osobistych. To dało mi średnią w sezonie 89%, czyli taką, jaką mam w całej karierze. Znaczy, że nie obniżyłem lotów na koniec. A wracając do emocji, to było mi ciężko w tych ostatnich sekundach. Schodząc z parkietu wiedziałem, że już nigdy nie zagram. Z boku siedziała moja żona Justyna i jak później przyznała, również uroniła kilka łez, mając świadomość, jakiej chwili jest świadkiem.

Aťona wspierała pana w decyzji, czy odradzała zakończenie kariery?

- To była nasza wspólna decyzja. Muszę powiedzieć, że Justyna od zawsze była nie tylko moją żoną, ale i drugim trenerem. Przez całe życie towarzyszyła mi w mojej przygodzie z koszykówką, nawet do tego stopnia, że chodziła ze mną na salę i podawała piłki, kiedy ja rzucałem. Jesteśmy tak blisko, że w każdej mojej decyzji jest cząstka jej zdania.

Czy swój ostatni mecz i ostatnie punkty chciałby pan komuś zadedykować?

- Całe moje życie i kariera sportowa jest wspólnym dziełem moim i mojej żony. Nie wiem, czy ktoś o tym słyszał, ale gdy mieliśmy kilkanaście lat oboje byliśmy dobrze zapowiadającymi się zawodnikami młodzieżowymi. Justyna nawet wywalczyła awans do kobiecej ekstraklasy. Gdy ja miałem iść do Bytomia, a ona do Gorzowa pojechaliśmy na badania medyczne i dowiedzieliśmy się, że Justyna nie może uprawiać wyczynowego sportu, bo ma arytmię serca. Wtedy powiedziałem, że każdy mój sukces będzie jej sukcesem. Moja kariera będzie jej niespełnioną karierą. Czułem, że wszystkie jej najlepsze strony udzieliły się mi i dzięki temu stałem się lepszym koszykarzem. Dlatego to jej dedykuję ostatnie chwile na boisku.

Wygrał pan wszystko co możliwe do wygrania w polskiej lidze. Podsumowując swoje występy czuje się pan chyba spełniony?

- Koszykarsko oczywiście jestem spełniony. Mam wszystko: dwa mistrzostwa, dwa srebra, cztery brązowe medale, Puchar Polski, Superpuchar, 12 (a licząc spotkania reprezentacja – obcokrajowcy 15) Meczów Gwiazd. Wyrównałem rekord Adama Wójcika w kategorii punktów zdobytych w Meczach Gwiazd, choć on może mnie jeszcze wyprzedzić, czego mu serdecznie życzę. Spełniło się moje marzenie, jakim była gra w innej lidze, bo spędziłem jeden sezon we Francji. W reprezentacji rozegrałem w sumie prawie 100 meczów, w tym takie, w których występowałem przeciw najlepszym na mojej pozycji w Europie: Macijauskasowi, Navarro, Fernandezowi i innym. Wywalczyłem z kadrą siódme, dotychczas najlepsze miejsce w Europie. Dostałem się do Mistrzostw Europy po 10 latach wcześniejszej nieobecności. Ten awans smakował bardzo, bo wywalczyliśmy go w okrojonym, ale ambitnym i zgranym składzie. Później bez wstydu konkurowaliśmy z przeciwnikami z najwyższej półki. To były niesamowite przeżycia.
Jednak w pewnym momencie wydawało się, że nie wzbije się pan ponad poziom zdolnego, ale niespełnionego zawodnika. Występując w Bobrach Bytom wielokrotnie ocieraliście się o sukcesy, ale zawsze znajdował się ktoś lepszy. Dopiero przyjście do Anwilu odwróciło kartę.

- Tak, ale to wszystko było kwestią mojego własnego wyboru. Nie ukrywam, że jestem ciężkim człowiekiem. Pamiętam, że w Bytomiu mieliśmy przez pięć lat dream team polskich i zagranicznych zawodników, a mimo to zawsze przegrywaliśmy w najważniejszych momentach. Odprawiali nas jednak nie byle jacy rywale: albo Śląsk, albo Anwil. Ja co roku miałem propozycje z tego pierwszego zespołu, ale nawet jego seria mistrzostw nie kusiła mnie tak bardzo, żebym porzucił ambicję bycia ważną postacią w drużynie. W Śląsku nikt nie mógł mi zagwarantować, że będę grał. A ja byłem młody i chciałem przede wszystkim spełniać się na boisku. Chciałem się szanować i być szanowanym. Dlatego walczyłem o swoje minuty na parkiecie, a nie tylko pieniądze. Tak było wtedy i tak jest do dzisiaj. Oprócz Anwilu nigdy nie podpisałem dłuższego kontraktu niż rocznego, żeby po sezonie móc przemyśleć swoją sytuację i podjąć decyzję na kolejny sezon. A co do przejścia do Włocławka, to pamiętam, jak ludzie mówili, że gdzie Andrzej Pluta, tam nie ma mistrzostwa. A ja przyjechałem do Anwilu w ciężkich czasach, sezon po tym, jak klub miał najwyższy budżet, a wynik pozostawiał wiele do życzenia. Chodziłem uliczkami, a ludzie śmiali się „Po co pan tu przyjechał? Tu nie ma żadnych perspektyw”. A jednak przyszedł bardzo dobry trener, zebrał solidny skład i zrobiliśmy mistrzostwo, które smakowało nam jak żadne inne.

Czy Anwil jest dla pana szczególnym klubem?

- Na pewno tak. Zanim tu przyszedłem, najwięcej czasu spędziłem w Bytomiu, gdzie wywalczyliśmy trzy brązy i jedno srebro. A we Włocławku posmakowałem wszystkich kruszców, łącznie z moim pierwszym złotem. Zdobyłem tu też Superpuchar, w którym co prawda nie grałem z powodu kontuzji, ale wspierałem drużynę, która pokonała galaktyczny Prokom Trefl. Miło wspominam również wywalczenie Pucharu Polski, a przy okazji nagrodę MVP turnieju. Turnieju ważnego, bo udało się pokonać rywali na ich własnym terenie, gdy byli bardzo pewni siebie i przygotowali wspaniałe trofeum, zapewne z myślą o sobie.

A inne wyjątkowe momenty w karierze?

- Wspominam często finał z Bytomiem w 1996 roku, do którego awans wywalczyliśmy w trudnym boju w Przemyślu. Z łezką w oku wracam do wspomnień z Pogoni Ruda Śląska, która jest moim macierzystym klubem. Pamiętam jak w 2000 roku rywalizowaliśmy w pucharach europejskich przeciwko Airoporti Roma i pojechaliśmy na audiencję do papieża Jana Pawła II. Było to niesamowite przeżycie. Zresztą, zawsze dłużej pamięta się sukcesy niż porażki. W sporcie jednak nie zawsze jest dobrze i szczególnie w dołku trzeba pokazać jakim się jest człowiekiem i zawodnikiem. Duża presja towarzyszyła moim występom w reprezentacji. Gdy wygrywaliśmy wszyscy mówili, że wreszcie kadra ma lidera, gdy później jakiś mecz nam nie wyszedł, cała Polska wieszała na nas psy. Bardzo ciężko psychicznie przejść nad tym do porządku dziennego. Chciałbym jeszcze wspomnieć pierwszy złoty medal jaki wywalczyłem z Prokomem Trefl dla Sopotu. To było pierwsze złoto dla tego miasta i jestem bardzo dumny, że dołożyłem do niego swoją cegiełkę.

Miał pan możliwość zrobienia kariery na zachodzie?

- W czasach, gdy nasza reprezentacja osiągała świetne wyniki, czyli w 1996, 1997 roku funkcjonował przepis Bosmana. Ja rzucałem w eliminacjach do Mistrzostw Europy po 20 punktów w meczu, w Ekstraklasie byłem już kimś, miałem 22 lata i wielkie perspektywy przed sobą. Pamiętam, że otrzymywałem propozycje z lig zachodnich, ale przez ten przepis Bosmana wszystko się rozbijało. W innych krajach musieliśmy być traktowani tak jak Amerykanie i siłą rzeczy kluby nie stawiały na nas. Moim marzeniem była gra na zachodzie, ale nie chciałem go realizować za wszelką cenę.
Siedem lat później posmakował pan jednak gry w lidze francuskiej, w której wybrano pana nawet do najlepszej zagranicznej piątki sezonu…

- To kolejna moja decyzja, którą podjąłem świadomie, pragnąc grać na zachodzie, ale w klubie, który da mi możliwość zaprezentowania swoich umiejętności. Taką ofertę złożył mi beniaminek ligi francuskiej Chalons en Champagne. Klub miał długą historię, ale w większości związaną z Pro B. Ja chciałem pomóc mu utrzymać się w najwyższej klasie rozgrywkowej, zostać jego liderem, a później przejść do mocniejszej drużyny. Niestety, zawiedliśmy, bo utrzymanie wymknęło nam się z rąk w ostatnich trzech meczach. Indywidualnie sezon mogłem uznać za udany, co klub docenił składając mi nową ofertę, ale nie chciałem grać w niższej lidze i podziękowałem. Miałem nawet ofertę z Nancy, ale zbyt mało konkretną, by się na nią zdecydować. Jestem bardzo zadowolony z tego roku za granicą, bo dał mi wiele doświadczeń.

Mimo wszystko jest pan rozpoznawalny w Europie. Ostatnio trener Emir Mutapcić powiedział mi, że na zachodzie nazwisko Pluta jest znaną i cenioną marką koszykarską, co Anwilowi przynosi dużo splendoru.

- 10 czy 11 lat grania w reprezentacji, gdy mierzyliśmy się chyba ze wszystkimi najsilniejszymi europejskimi drużynami, oraz występy w klubowych pucharach na pewno wpłynęły na tę rozpoznawalność. Grałem we wszystkich możliwych pucharach oprócz Euroligi i chyba zawsze dałem się poznać, jako solidny zawodnik, który zapada rywalom w pamięć. Na to pracuje się latami, a nie przez sezon czy dwa. Zwłaszcza w skali europejskiej.

Za czym będzie pan tęsknił po zakończeniu kariery?

- Na pewno przyjdzie taki moment, że zacznie mi brakować meczów i związanych z nimi emocji. Od adrenaliny się człowiek uzależnia i żeby ją poczuć chyba będę musiał robić coś, na co do tej pory nie miałem czasu, czyli chodzić na mecze moich przyjaciół i synów. Mogę jednak powiedzieć, że jestem już przepełniony doświadczeniami związanymi z koszykówką i nie potrzebuję szukać nowych wrażeń. Czuję się spełniony, bo rozegrałem taką liczbę meczów, o jakiej na początku kariery nawet bym nie pomyślał. Dziękuję Bogu za to, że zdrowie dopisywało mi na tyle, że to ja mogłem podjąć decyzję o końcu gry, a nie poddawać się z powodu jakiejś kontuzji. Odpowiadając na pytanie chciałbym dodać jeszcze, że wiem też, czego z pewnością mam już dość – wyjazdów. Napodróżowałem się z drużyną po świecie i cieszę się, że wreszcie będzie mi dane spokojnie posiedzieć w domu.

A w rodzinnym Radzionkowie może pan liczyć na splendor taki, jaki otacza pana we Włocławku, czy jest pan traktowany, jak jeden z wielu zwykłych sąsiadów?

- Moja rodzina wszędzie zachowuje się jak inni, zwykli ludzie i tak chcemy być traktowani. Odkąd wybudowaliśmy dom w Radzionkowie, mieszkaliśmy tam w sumie rok, ale zdążyliśmy poznać sąsiadów i oni też wiedzą kim jesteśmy. Nadmienię, że naprzeciw nas mieszka Marek Stebnicki, wybitny hokeista, olimpijczyk, wielokrotny mistrz Polski i to na niego spływa cała estyma (śmiech). Pamiętam, że gdy ja zdobyłem mistrzostwo z Anwilem on uczynił to z Unią Oświęcim i mówiliśmy wtedy, że mamy ulicę mistrzów. Takie żarty wymienialiśmy jedynie między sobą, bo chodząc po ulicach jesteśmy zwykłymi ludźmi i tak już pozostanie. Chociaż, na pewno, gdy ktoś podejdzie, rozpozna, będzie chciał porozmawiać, to będzie to dla mnie dużą przyjemnością.
Jakie marzenie, którego nie udało się panu zrealizować przez dotychczasowy tryb życia, zamierza pan teraz spełnić?

- Nie ma czegoś, czego bym bardzo pragnął i nie zdołał tego osiągnąć. Najważniejsze dla mnie, że mam normalną, kochającą rodzinę, w której panują dobre relacje. Przeżywaliśmy razem momenty wielkiej radości, ale i załamania, bo w sporcie nie zawsze jest kolorowo. Trzymamy się razem, bo gdy w ciągu sześciu lat zmienia się sześć miejsc zamieszkania, to trzeba mieć punkt zaczepienia w postaci rodziny. To było moje największe marzenie i będę dbał o to, żeby również po zakończeniu gry rodzina stanowiła centralny punkt mojego życia.

Gdzie i jak chciałby pan spędzić kolejne lata?

- Zbyt wcześnie, żeby na to odpowiadać. Potrzebuję czasu, by się zastanowić nad tym, jak ułożę sobie dalsze życie. Jedenaście lat poza domem sprawia, że w tej chwili czuję potrzebę powrotu na Śląsk, wyciszenia się, przemyślenia pewnych spraw. Przede mną ważne decyzje, mające wpływ na dzieci, ich edukację i życie. Nie podejmuję więc żadnych gwałtownych ruchów, żadnych nieprzemyślanych decyzji.

Po pańskim debiucie w reprezentacji w 1994 roku, największy magazyn koszykarski „Basket” nadał panu w głośnym tytule miano „Książę Wałbrzycha”. Dziś, jak przystało na doświadczonego króla, chyba będzie pan służył radą młodszym adeptom koszykówki?

- To było zabawne porównanie, bo chyba mój młodzieńczy wąs wizualnie zbliżał mnie do jakiegoś księcia lub panicza. Zagrałem jednak bardzo dobre spotkanie w Wałbrzychu przeciw Szwedom. Wyszedłem na parkiet po tym jak Robert Kościuk doznał kontuzji wykluczającej go z gry. Na początek trafiłem dwa osobiste, które pozwoliły mi się otworzyć i zdobyć w sumie 26 punktów w meczu. Od tego zaczęła się moja kariera reprezentacyjna. A wracając do pytania, to trafiłeś w dziesiątkę. Powoli dojrzewam do myśli, że chciałbym pracować z młodzieżą. Mam jej dużo do przekazania. Zebrałem wielki bagaż doświadczeń boiskowych i rozległą wiedzę od około trzydziestu trenerów z różnych krajów, pod okiem których miałem okazję się uczyć i grać. Setki wygranych i przegranych meczów, tysiące pytań, które zadawałem szkoleniowcom, niezliczona liczba godzin spędzonych w salach treningowych – to wszystko mam w sobie i chyba dobrze by było, gdybym miał okazję podzielić się z kimś tym doświadczeniem.

Gdy jesienią 1994 roku rozpoczynał pan grę w Ekstraklasie, w telewizji startował serial „Moda na Sukces”. Dziś mamy jego 5413 odcinek i końca nie widać, ale choćby trwał kolejne 17 lat, to natężeniem emocji, prawdziwych życiowych wzlotów i upadków, dostarczonych nam pięknych chwil nigdy nie dorówna pańskiej karierze. Dziękujemy panie kapitanie.

- Ja również dziękuję. Niestety, „Mody na Sukces” nigdy nie oglądałem i nie potrafię porównać się do żadnego z jej bohaterów, ale zapewniam, że jestem koszykarzem szczęśliwym i spełnionym. Dziękuję wszystkim przychylnym ludziom, których spotkałem na mojej koszykarskiej drodze, a w szczególności Anwilowi, który zawsze pozostanie wyjątkowym klubem w moim sercu.