- Naszym celem na ten moment jest wejście do czwórki najlepszych zespołów w lidze. Jak już będziemy na tym etapie, to wszystko się może zdarzyć. Stać nas na półfinał i na walkę o medale. Jednak nie wiadomo, jak będziemy się prezentować personalnie w trakcie sezonu. Zwłaszcza przy przepisie o dwóch Polakach na boisku, wszyscy muszą być zdrowi i muszą grać - tuż przed rozpoczęciem sezonu mówi kapitan Anwilu, Andrzej Pluta.
- Naszym celem na ten moment jest wejście do czwórki najlepszych zespołów w lidze. Jak już będziemy na tym etapie, to wszystko się może zdarzyć. Stać nas na półfinał i na walkę o medale. Jednak nie wiadomo, jak będziemy się prezentować personalnie w trakcie sezonu - tuż przed rozpoczęciem rozgrywek mówi kapitan Anwilu, Andrzej Pluta.
Jeszcze kilka lat temu o pojedynku strzeleckim Pluta vs Iverson można by przeczytać raczej w książkach Stanisława Lema niż w prasie sportowej. Bardzo się zdziwiłeś, gdy zadzwonił telefon z taką propozycją?
- Tego wydarzenia nie można raczej nazwać pojedynkiem strzeleckim, bo była to bardziej zabawa niż poważna rywalizacja. Co prawda, prasa i Internet pełne były informacji na ten temat, ale w gruncie rzeczy nie było to tak wielkie wydarzenie, jak się spodziewano. Spotkanie z Allenem Iversonem odbyło się w Galerii Szyb Wilson, a nie w żadnej hali sportowej, która mogłaby pomieścić więcej kibiców. Co prawda, samą możliwość obcowania z gwiazdą NBA oceniam bardzo pozytywnie, ale ogólnie jestem trochę zawiedziony.
Czyli czar prysł?
- Allen Iverson wszedł, przywitał się ze wszystkimi, oddał kilka rzutów, podpisał swoje graffiti i wyszedł – wszystko trwało jakieś pięć minut. Młodzież była rozczarowana, bo można było zrobić z tego dużo większe wydarzenie i show. Ja mam tę satysfakcję, że zdążyłem się z nim przywitać, ale obserwatorzy mogli czuć się trochę zawiedzeni.
Krąży żart, że gdyby Iverson przyjechał na testy do polskiego klubu, to za samą posturę zostałby odesłany do domu…
- Rzuca się w oczy, że jest niesamowicie szczupły, żeby nie powiedzieć wątły. Nasi trenerzy stawiają raczej na atletyczną koszykówkę, więc, kto wie… To niesamowite, że przy takiej budowie ciała tak fantastycznie radzi sobie z osiłkami z NBA.
A czy prysł czar, który roztaczał się wokół reprezentacji Polski przed EuroBasketem?
- Osiągnęliśmy minimum, które powinna ugrać drużyna w turnieju rozgrywanym u siebie. Oczywiście, apetyt rośnie w miarę jedzenia i pojawiły się głosy, że powinniśmy grać w ósemce w Katowicach. Nasza reprezentacja musi jednak jeszcze dorosnąć. Mamy perspektywicznych koszykarzy, którym ten turniej dał wiele doświadczenia. Właśnie to jest najcenniejsza zdobycz z EuroBasketu dla Polaków. Jeśli ta reprezentacja będzie dalej zbierać się w takim składzie, to ogranie i wzajemne zrozumienie wreszcie zaprocentuje.
Zatem nie zgadzasz się z osobami narzekającymi na selekcję dokonaną przez Mulego Katzurina?
- Nie jestem trenerem i nie ja decyduję o składzie. Przyznam jednak, że żałuję, że w drużynie zabrakło Pawła Kikowskiego. Moim zdaniem, ten chłopak zasłużył na to, żeby dostać szansę. Również kontuzja Adama Wójcika utrudniła i tak ograniczoną rotację składu. Nie jesteśmy Hiszpanią i u nas każdy potrzebuje gry, żeby rozwinąć skrzydła. Tego trochę zabrakło.
A czy finał Hiszpania – Serbia zadowolił wytrawnego znawcę koszykówki?
- Podejrzewam, że finał byłby ciekawszy, gdyby zamiast Serbii grała w nim np. Słowenia. Już wyjaśniam dlaczego. Dla Serbów finał był szczytem marzeń i chyba nawet przez myśl im nie przeszło, że mogą w nim walczyć o zwycięstwo. Oczywiście, wielkie gratulacje dla młodych Serbów, ale Laković, Smodis, Nachbar, Lorbek i inni Słoweńcy na pewno by tak łatwo nie odpuścili. Finał byłby dużo bardziej zacięty.
Po zadowalającym, choć pozostawiającym niedosyt, rezultacie Polaków padło wiele stwierdzeń, że gdyby w reprezentacji był Andrzej Pluta, moglibyśmy pokusić się o lepszy wynik. Denerwuje cię to ciągłe powracanie do kwestii twojej gry w reprezentacji?
- Nie, nie ma w tym nic złego, choć ja zdania nie zmieniam. Na mojej pozycji znakomicie zagrał David Logan i to on bez wątpienia jest numerem jeden, jeśli chodzi o rzucających obrońców w reprezentacji. Przydałby mu się solidny zmiennik, ale czy koniecznie ja? Przecież nie ma ludzi niezastąpionych.
Ostrzymy sobie zęby, że skoro Pluta skoncentrował się tylko na grze w klubie, to ten sezon będzie należał do niego. Odczuwasz to jako presję czy wyraz zaufania?
- Zawsze stawiam sobie taki cel, żeby w danym sezonie grać lepiej niż w poprzednim. Będę się starał pomagać zespołowi na tyle, na ile będę mógł. Mamy młody skład, mocno przebudowany w porównaniu do ubiegłorocznego i potrzebujemy czasu, żeby dojść do optymalnej dyspozycji. W tej chwili nie ma jeszcze zgrania, timingu, czucia podań, pomocy i zaufania. Musimy się tego nauczyć. Zawodnicy, którzy przyjechali po szkole, muszą mieć czas, żeby zmienić styl gry z bardziej indywidualnego na bardziej zespołowy. Mnie też czeka jeszcze dużo pracy, ale w lidze będę robił swoje.
- Tego wydarzenia nie można raczej nazwać pojedynkiem strzeleckim, bo była to bardziej zabawa niż poważna rywalizacja. Co prawda, prasa i Internet pełne były informacji na ten temat, ale w gruncie rzeczy nie było to tak wielkie wydarzenie, jak się spodziewano. Spotkanie z Allenem Iversonem odbyło się w Galerii Szyb Wilson, a nie w żadnej hali sportowej, która mogłaby pomieścić więcej kibiców. Co prawda, samą możliwość obcowania z gwiazdą NBA oceniam bardzo pozytywnie, ale ogólnie jestem trochę zawiedziony.
Czyli czar prysł?
- Allen Iverson wszedł, przywitał się ze wszystkimi, oddał kilka rzutów, podpisał swoje graffiti i wyszedł – wszystko trwało jakieś pięć minut. Młodzież była rozczarowana, bo można było zrobić z tego dużo większe wydarzenie i show. Ja mam tę satysfakcję, że zdążyłem się z nim przywitać, ale obserwatorzy mogli czuć się trochę zawiedzeni.
Krąży żart, że gdyby Iverson przyjechał na testy do polskiego klubu, to za samą posturę zostałby odesłany do domu…
- Rzuca się w oczy, że jest niesamowicie szczupły, żeby nie powiedzieć wątły. Nasi trenerzy stawiają raczej na atletyczną koszykówkę, więc, kto wie… To niesamowite, że przy takiej budowie ciała tak fantastycznie radzi sobie z osiłkami z NBA.
A czy prysł czar, który roztaczał się wokół reprezentacji Polski przed EuroBasketem?
- Osiągnęliśmy minimum, które powinna ugrać drużyna w turnieju rozgrywanym u siebie. Oczywiście, apetyt rośnie w miarę jedzenia i pojawiły się głosy, że powinniśmy grać w ósemce w Katowicach. Nasza reprezentacja musi jednak jeszcze dorosnąć. Mamy perspektywicznych koszykarzy, którym ten turniej dał wiele doświadczenia. Właśnie to jest najcenniejsza zdobycz z EuroBasketu dla Polaków. Jeśli ta reprezentacja będzie dalej zbierać się w takim składzie, to ogranie i wzajemne zrozumienie wreszcie zaprocentuje.
Zatem nie zgadzasz się z osobami narzekającymi na selekcję dokonaną przez Mulego Katzurina?
- Nie jestem trenerem i nie ja decyduję o składzie. Przyznam jednak, że żałuję, że w drużynie zabrakło Pawła Kikowskiego. Moim zdaniem, ten chłopak zasłużył na to, żeby dostać szansę. Również kontuzja Adama Wójcika utrudniła i tak ograniczoną rotację składu. Nie jesteśmy Hiszpanią i u nas każdy potrzebuje gry, żeby rozwinąć skrzydła. Tego trochę zabrakło.
A czy finał Hiszpania – Serbia zadowolił wytrawnego znawcę koszykówki?
- Podejrzewam, że finał byłby ciekawszy, gdyby zamiast Serbii grała w nim np. Słowenia. Już wyjaśniam dlaczego. Dla Serbów finał był szczytem marzeń i chyba nawet przez myśl im nie przeszło, że mogą w nim walczyć o zwycięstwo. Oczywiście, wielkie gratulacje dla młodych Serbów, ale Laković, Smodis, Nachbar, Lorbek i inni Słoweńcy na pewno by tak łatwo nie odpuścili. Finał byłby dużo bardziej zacięty.
Po zadowalającym, choć pozostawiającym niedosyt, rezultacie Polaków padło wiele stwierdzeń, że gdyby w reprezentacji był Andrzej Pluta, moglibyśmy pokusić się o lepszy wynik. Denerwuje cię to ciągłe powracanie do kwestii twojej gry w reprezentacji?
- Nie, nie ma w tym nic złego, choć ja zdania nie zmieniam. Na mojej pozycji znakomicie zagrał David Logan i to on bez wątpienia jest numerem jeden, jeśli chodzi o rzucających obrońców w reprezentacji. Przydałby mu się solidny zmiennik, ale czy koniecznie ja? Przecież nie ma ludzi niezastąpionych.
Ostrzymy sobie zęby, że skoro Pluta skoncentrował się tylko na grze w klubie, to ten sezon będzie należał do niego. Odczuwasz to jako presję czy wyraz zaufania?
- Zawsze stawiam sobie taki cel, żeby w danym sezonie grać lepiej niż w poprzednim. Będę się starał pomagać zespołowi na tyle, na ile będę mógł. Mamy młody skład, mocno przebudowany w porównaniu do ubiegłorocznego i potrzebujemy czasu, żeby dojść do optymalnej dyspozycji. W tej chwili nie ma jeszcze zgrania, timingu, czucia podań, pomocy i zaufania. Musimy się tego nauczyć. Zawodnicy, którzy przyjechali po szkole, muszą mieć czas, żeby zmienić styl gry z bardziej indywidualnego na bardziej zespołowy. Mnie też czeka jeszcze dużo pracy, ale w lidze będę robił swoje.
Pierwsze sparingi pokazują jednak, że o zwycięstwa nie będzie łatwo. Jak oceniłbyś postawę Anwilu w Memoriale Jacka Ponickiego?
- W Poznaniu graliśmy dopiero trzeci, czwarty i piąty sparing w tym sezonie. Jak na ten etap przygotowań, nie było najgorzej. Pierwsze spotkanie, przegrane jednym punktem z Prostejovem, stało na dobrym poziomie. Walczyliśmy, dawaliśmy z siebie 100% w ataku i w obronie, ale zabrakło nam jeszcze skuteczności. Z kolei przeciw Polpharmie przespaliśmy dwie kwarty, które zadecydowały o tym, że przegraliśmy. Dlatego w ostatnim meczu nie mogło już być mowy o jakichś przestojach. Chcieliśmy podnieść swoje morale i wreszcie wygrać. Co prawda, dalej ćwiczyliśmy systemową koszykówkę i zgranie, ale głównym celem było zwycięstwo. Udało się je odnieść i ogólnie turniej możemy uznać za dobre przetarcie przed Pucharem Kasztelana i przed ligą.
Skoro tak ważne jest zgranie, to na Asseco Prokom chyba nie będzie mocnych w tym sezonie?
- O nikim nie można powiedzieć, że jest nie do pokonania. Oczywiście, patrząc personalnie, są to faworyci. Jednak do najważniejszej fazy, jaką jest play-off, wiele może się jeszcze wydarzyć. Parafrazując pana Kazimierza Górskiego, piłka jest jedna, a kosze są dwa… (śmiech).
Widzisz jakiś zespół, który ma szczególne szanse stać się czarnym koniem tegorocznych rozgrywek PLK?
- Nigdy nie można lekceważyć Czarnych Słupsk, Polpharmy Starogard Gdański i PBG Basketu Poznań. Jest jeszcze sporo zespołów z dolnej części tabeli, których jeszcze nie widziałem i trudno mi mówić o czarnym koniu. Taki zespół objawia się zawsze na początku sezonu. Wygrywa pięć, sześć meczów i miesza w czołówce.
Powiedz szczerze, czy Anwil nadal będzie się liczył w walce o medale?
- Powtórzę to, co mówię co roku. Naszym celem na ten moment jest wejście do czwórki najlepszych zespołów w lidze. Jak już będziemy na tym etapie, to wszystko się może zdarzyć. Stać nas na półfinał i na walkę o medale. Jednak nie wiadomo, jak będziemy się prezentować personalnie w trakcie sezonu. Zwłaszcza przy przepisie o dwóch Polakach na boisku, wszyscy muszą być zdrowi i muszą grać.
Wiadomo już, jaki styl gry będzie prezentował Anwil?
- Mimo że w tym roku Anwil w większej mierze postawił na młodych, amerykańskich koszykarzy, to myślę, że styl pozostanie ten sam, co przed rokiem. Trener Igor Griszczuk kładzie duży nacisk na to, żeby wszystko dobrze poukładać. Będziemy grać zrównoważoną koszykówkę – zarówno szybki atak, jak i mądre, przemyślane zagrywki. Pracujemy nad tym, żeby nasza gra była szybka, ale i bardzo dojrzała. Będziemy chcieli wykorzystywać tych zawodników, którzy w danym momencie będą w najlepszej dyspozycji.
Trener Igor Griszczuk stwierdził ostatnio, że zasłużyłeś sobie na koszulkę ze swoim nazwiskiem wiszącą obok jego koszulki. Co sprawia, że tak dobrze się rozumiecie?
- Graliśmy przeciwko sobie 10 lat i bardzo się szanujemy. Uważam Igora Griszczuka za wybitnego koszykarza, który dodatkowo pokazał, że przywiązanie do barw klubowych może mieć znaczenie również we współczesnym, skomercjalizowanym sporcie. Moja koszulka wisząca pod dachem Hali Mistrzów byłaby bardzo miłym gestem, ale ważniejsze od gestów jest to, że Włocławek zawsze będę miał w sercu.
- W Poznaniu graliśmy dopiero trzeci, czwarty i piąty sparing w tym sezonie. Jak na ten etap przygotowań, nie było najgorzej. Pierwsze spotkanie, przegrane jednym punktem z Prostejovem, stało na dobrym poziomie. Walczyliśmy, dawaliśmy z siebie 100% w ataku i w obronie, ale zabrakło nam jeszcze skuteczności. Z kolei przeciw Polpharmie przespaliśmy dwie kwarty, które zadecydowały o tym, że przegraliśmy. Dlatego w ostatnim meczu nie mogło już być mowy o jakichś przestojach. Chcieliśmy podnieść swoje morale i wreszcie wygrać. Co prawda, dalej ćwiczyliśmy systemową koszykówkę i zgranie, ale głównym celem było zwycięstwo. Udało się je odnieść i ogólnie turniej możemy uznać za dobre przetarcie przed Pucharem Kasztelana i przed ligą.
Skoro tak ważne jest zgranie, to na Asseco Prokom chyba nie będzie mocnych w tym sezonie?
- O nikim nie można powiedzieć, że jest nie do pokonania. Oczywiście, patrząc personalnie, są to faworyci. Jednak do najważniejszej fazy, jaką jest play-off, wiele może się jeszcze wydarzyć. Parafrazując pana Kazimierza Górskiego, piłka jest jedna, a kosze są dwa… (śmiech).
Widzisz jakiś zespół, który ma szczególne szanse stać się czarnym koniem tegorocznych rozgrywek PLK?
- Nigdy nie można lekceważyć Czarnych Słupsk, Polpharmy Starogard Gdański i PBG Basketu Poznań. Jest jeszcze sporo zespołów z dolnej części tabeli, których jeszcze nie widziałem i trudno mi mówić o czarnym koniu. Taki zespół objawia się zawsze na początku sezonu. Wygrywa pięć, sześć meczów i miesza w czołówce.
Powiedz szczerze, czy Anwil nadal będzie się liczył w walce o medale?
- Powtórzę to, co mówię co roku. Naszym celem na ten moment jest wejście do czwórki najlepszych zespołów w lidze. Jak już będziemy na tym etapie, to wszystko się może zdarzyć. Stać nas na półfinał i na walkę o medale. Jednak nie wiadomo, jak będziemy się prezentować personalnie w trakcie sezonu. Zwłaszcza przy przepisie o dwóch Polakach na boisku, wszyscy muszą być zdrowi i muszą grać.
Wiadomo już, jaki styl gry będzie prezentował Anwil?
- Mimo że w tym roku Anwil w większej mierze postawił na młodych, amerykańskich koszykarzy, to myślę, że styl pozostanie ten sam, co przed rokiem. Trener Igor Griszczuk kładzie duży nacisk na to, żeby wszystko dobrze poukładać. Będziemy grać zrównoważoną koszykówkę – zarówno szybki atak, jak i mądre, przemyślane zagrywki. Pracujemy nad tym, żeby nasza gra była szybka, ale i bardzo dojrzała. Będziemy chcieli wykorzystywać tych zawodników, którzy w danym momencie będą w najlepszej dyspozycji.
Trener Igor Griszczuk stwierdził ostatnio, że zasłużyłeś sobie na koszulkę ze swoim nazwiskiem wiszącą obok jego koszulki. Co sprawia, że tak dobrze się rozumiecie?
- Graliśmy przeciwko sobie 10 lat i bardzo się szanujemy. Uważam Igora Griszczuka za wybitnego koszykarza, który dodatkowo pokazał, że przywiązanie do barw klubowych może mieć znaczenie również we współczesnym, skomercjalizowanym sporcie. Moja koszulka wisząca pod dachem Hali Mistrzów byłaby bardzo miłym gestem, ale ważniejsze od gestów jest to, że Włocławek zawsze będę miał w sercu.
Wywiad ukazał się w czasopiśmie "Nasz Anwil".