Z trenerem reprezentacji Polski koszykarzy Andrejem Urlepem o pracy w reprezentacji, bazie szkoleniowej we Włocławku, oraz o rozstaniu z Anwilem rozmawiał Łukasz Pszczółkowski.
Czy wie Pan co znaczy słowo „reprezentacja” i „reprezentatywny” w języku polskim?
W każdym języku te słowa znaczą to samo.
Czyli zdaje sobie Pan sprawę, że reprezentatywny, to taki, którym chcemy się pochwalić, który chcemy komuś zaprezentować. Jest Pan gotowy na takie „otwarcie się”?
Ja jestem na tym stanowisku po to, żeby prowadzić kadrę i osiągnąć z nią jak najlepszy wynik. Tylko tego można ode mnie wymagać.
Za nami niemal tydzień pierwszego zgrupowania kadry pod Pana wodzą. Czy można się już pokusić o oceny poszczególnych graczy?
Nie chcę ich jeszcze nikogo oceniać. Na tym zgrupowaniu zebrali się młodzi, perspektywiczni zawodnicy. Są tu po to, żeby się ogrywać z reprezentacją i pokazać, że w przyszłości mogą nam pomóc. Na prawdziwą selekcję przyjdzie czas.
Wierzy Pan, że z tych zawodników uda się stworzyć liczący się w Europie zespół? Przynajmniej na miarę tego z 1997 roku z Barcelony?
Nie, tamten zespół był naprawdę znakomity. Teraz nie ma takiego potencjału, żeby stworzyć zespół, który mógłby się równać z tamtą reprezentacją.
W takim razie jaki cel stawia Pan sobie i reprezentacji?
Podstawowym celem jest awans do Mistrzostw Europy w 2007 roku w Hiszpanii. Przed nami eliminacje i myślimy tylko o nich. Cykl treningowy i ewentualne gry kontrolne podporządkowujemy tym eliminacjom. Warto stawiać tak krótkowzroczny cel, przecież z dnia na dzień nie uda się zbudować wielkiego zespołu? Może lepiej by było przygotować drużynę na Mistrzostwa Europy w 2009 roku w Polsce?
Nie myślimy jeszcze o 2009 roku, to zbyt odległa perspektywa. Skupiamy się na tym co możemy zrobić teraz.
Andrzej Pluta i Adam Wójcik zdecydowali się wrócić do reprezentacji tylko dlatego, że to Pan został jej trenerem. Jak Pan to odbiera?
Słyszałem te słowa tylko od Andrzeja Pluty, nie wiem do końca jak to będzie z Adamem Wójcikiem. Ale miło, że koszykarze dobrze oceniają moją pracę. To dla mnie równie ważne jak zdobycie jakiegoś medalu, bo przecież mówią to ludzie z którymi pracowałem. Dzięki nim wiem, że moja praca ma sens, że ktoś ją docenia.
Powołania, które wysłał Pan do koszykarzy nie budzą niemal żadnych wątpliwości. Jest jednak jedna osoba o której zarówno Pan jak i inni polscy koszykarze wypowiadali się w niezbyt pochlebny sposób. To Radosław Hyży. Czy nie boi się Pan, że jego obecność popsuje atmosferę w drużynie?
Radek jest z nami od kilku dni i nie widzę żadnych nieporozumień między nim a resztą zespołu. Na treningach pracuje tak samo jak inni koszykarze, więc nie widzę problemu. Włocławek to dobre miasto na bazę treningową dla kadry?
Tak, tu są wspaniałe, najlepsze z możliwych warunki do pracy. Wszyscy powinni podziękować klubowi z Włocławka za przygotowanie takiej bazy.
Skoro jesteśmy przy temacie włocławskiego klubu nie sposób nie zapytać, czemu odchodzi Pan z Anwilu? W czym oferta Aląska przebiła ofertę Pana Polatowskiego?
...
Rozumiem, że nie chce Pan o tym mówić ale czy nie boi się Pan reakcji kibiców? Przyszedł Pan do Włocławka ze Alaska, teraz wraca Pan do tego zespołu. Czy nie czuje Pan żadnego przywiązania do zespołu, który Pan prowadzi?
Jestem profesjonalistą. Trener, to po prostu zawód. Tam gdzie pracuję robię wszystko, by zespół grał jak najlepiej. Myślę, że te czasy już nie wrócą. W tej chwili mamy inne realia i musimy się do nich dostosować.
Prezes Anwilu Zbigniew Polatowski powiedział, że pomaga mu Pan w znalezieniu nowego trenera dla Włocławian. Kogo mu Pan polecił? Zarząd Anwilu funkcjonuje w koszykówce od tylu lat, że sam doskonale wie kogo najlepiej zatrudnić. Ja tu nic nie mogę pomóc.
Czy Igor Griszczuk bylby dobrym kandydatem?
Nie rozmawiam o nazwiskach. O tym zadecyduje zarząd Anwilu.
Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję.