Adam Łapeta z Asseco Prokomem zdobył sześć tytułów mistrza Polski i grał w ćwierćfinale Euroligi. Odszedł latem 2012 roku, gdy gdynianie szykowali się do kolejnych podbojów w kraju i zagranicą. Teraz, gdy nastroje w drużynie wciąż aktualnego czempiona się zmieniły, on razem z Anwilem spróbuje je jeszcze pogorszyć.
Adam Łapeta z Asseco Prokomem zdobył sześć tytułów mistrza Polski i grał w ćwierćfinale Euroligi. Odszedł latem 2012 roku, gdy gdynianie szykowali się do kolejnych podbojów w kraju i zagranicą. Teraz, gdy nastroje w drużynie wciąż aktualnego czempiona się zmieniły, on razem z Anwilem spróbuje je jeszcze pogorszyć.
Po siedmiu latach gry w Asseco Prokomie, przynajmniej te pierwsze mecze przeciw niemu muszą wywoływać w tobie szczególne emocje…
Adam Łapeta: To jest naprawdę specyficzne uczucie. Mam już za sobą pierwszy pojedynek przeciw Asseco Prokomowi i zapamiętam go na długo. Nie ukrywam, było trochę stresu i chęci pokazania się z jak najlepszej strony. Teraz już podchodzę do tego spokojniej, ale i tak na pewno sobotni mecz będzie dla mnie wyjątkowy.
Jeszcze będąc w drużynie mistrza Polski grałeś w finałach przeciw Treflowi, PGE Turowowi i Anwilowi. Jak postrzegaliście te drużyny? Jak z perspektywy Gdyni wyglądał ranking waszych przeciwników?
- Muszę przyznać, że do każdego z tych rywali podchodziliśmy w pełni profesjonalnie, to znaczy nie lekceważąc go, ani nie mówiąc, że na przykład z „Treflem będzie łatwiej niż z Anwilem”. Nigdy nie robiliśmy sobie takich rankingów. Wystarczy wspomnieć finał z 2010 roku, gdy pokonaliśmy włocławian 4:0, ale były to niezwykle zacięte mecze i każdy z nich mógł się zakończyć w odwrotną stronę. Ten wynik, który dziś jest w jakichś kronikach nie oddaje tego, co czuliśmy my koszykarze. Naprawdę, mieliśmy duży respekt do Anwilu i w każdym meczu walczyliśmy na całego, żeby wyrwać zwycięstwo. Obie drużyny były w świetnej formie i szanowały się nawzajem. My byliśmy lepsi zaledwie o włos, więc nie było powodów, żeby chodzić z głową w chmurach.
Czy twoje wyobrażenie o Anwilu się spełnia?
- Zawsze postrzegałem Anwil przez pryzmat sportowy. Wiedziałem, że we Włocławku gra się niezwykle ciężko, nawet kiedy Rottweilery były w słabszej formie. Anwil to marka i za każdym razem trzeba było być przygotowanym na ciężki mecz. Wiele klubów boi się pojedynków z Anwilem, my oczywiście aż tak tego nie odczuwaliśmy, bo też czuliśmy się mocni. Niemniej, szacunek był i teraz cieszę się, że mam okazję posmakować jak to wygląda od drugiej strony.
No i masz wreszcie świetnych kibiców po swojej stronie. Na pewno widziałeś w ostatnich dniach wywieszone na każdym włocławskim wiadukcie transparenty „Wszyscy na Biało!”?
- Tak, kibice Anwilu czują koszykówkę i potrafią dać przysłowiowego kopa drużynie. To co się dzieje teraz, przed meczem z Asseco Prokomem pokazuje jak fajnie może wyglądać spontaniczna, żywiołowa akcja kibiców. Całe miasto wie, że czeka nas ważny mecz i podejrzewam, że jeśli nawet ktoś nie będzie osobiście w hali, to gdzieś w domu, przy radyjku będzie trzymał za nas kciuki. To świetne wsparcie, bo dodaje nam pewności siebie. Podnosi się też adrenalina, gdy się wie, że to tak ważny mecz dla włocławian.
Wspomniałeś o finałach z 2010 roku, gdzie w decydującym meczu zdobyłeś 13 punktów i 6 zbiórek. Pora oddać to w sobotę Anwilowi…
- Bardzo bym tego chciał. Będę się starał z całych sił, żeby pomóc wygrać swojej drużynie. To byłby krok w kierunku w jakim wszyscy zmierzamy. Zawodnicy, trenerzy, pracownicy klubu, wszyscy robimy co w naszej mocy, żeby koniec sezonu był dla Anwilu jak najlepszy.
Trener Andrzej Adamek już w ubiegłym roku wyprowadził gdynian z trudnej sytuacji. Teraz został wrzucony na jeszcze głębszą wodę. Ile czasu potrzeba żeby poukładać tę drużynę?
- Chociaż trener może wykonywać najlepszą pracę, to nie oszukujmy się, nie zawsze wszystko zależy od niego. Zobaczymy jak będzie wyglądała sytuacja finansowa, czy klub pozyska jakichś nowych zawodników, jak ułoży się sezon. Trener Adamek ma swoją wartość, ale muszą mu jeszcze sprzyjać okoliczności.
2 lutego w Hali Mistrzów Anwil podejmie Asseco Prokom i na pewno zobaczymy ciekawe widowisko. Co będzie decydować o wyniku?
- Myślę, że obrona. Naszym zadaniem będzie zatrzymanie kilku zawodników Asseco Prokomu. I to nie na początku meczu, albo w jakimś jego fragmencie. Trzeba będzie grać przeciw nim uważnie przez całe spotkanie.
Miejmy nadzieję, że cenna będzie również twoja dobra współpraca w ataku z Krzysztofem Szubargą. Komplementowałeś go za podania jeszcze z czasów wspólnej gry w drużynie mistrza Polski…
- Fanie by było. Pracujemy nad tym na treningach i chciałbym, żeby to zaprocentowało w meczu. Atak to sól koszykówki, więc będziemy się starać. Krzysiek jest w fantastycznej formie i my teraz musimy mu dorównać. Postaramy się dostosować poziomem do naszego rozgrywającego, żeby kibice obejrzeli piękny i porywający mecz.
Dalsza część rozmowy z Adamem Łapetą w specjalnym numerze magazynu meczowego „Anwil Team”, który otrzymacie Państwo w sobotę, podczas pojedynku Anwilu z Asseco Prokomem.
Adam Łapeta: To jest naprawdę specyficzne uczucie. Mam już za sobą pierwszy pojedynek przeciw Asseco Prokomowi i zapamiętam go na długo. Nie ukrywam, było trochę stresu i chęci pokazania się z jak najlepszej strony. Teraz już podchodzę do tego spokojniej, ale i tak na pewno sobotni mecz będzie dla mnie wyjątkowy.
Jeszcze będąc w drużynie mistrza Polski grałeś w finałach przeciw Treflowi, PGE Turowowi i Anwilowi. Jak postrzegaliście te drużyny? Jak z perspektywy Gdyni wyglądał ranking waszych przeciwników?
- Muszę przyznać, że do każdego z tych rywali podchodziliśmy w pełni profesjonalnie, to znaczy nie lekceważąc go, ani nie mówiąc, że na przykład z „Treflem będzie łatwiej niż z Anwilem”. Nigdy nie robiliśmy sobie takich rankingów. Wystarczy wspomnieć finał z 2010 roku, gdy pokonaliśmy włocławian 4:0, ale były to niezwykle zacięte mecze i każdy z nich mógł się zakończyć w odwrotną stronę. Ten wynik, który dziś jest w jakichś kronikach nie oddaje tego, co czuliśmy my koszykarze. Naprawdę, mieliśmy duży respekt do Anwilu i w każdym meczu walczyliśmy na całego, żeby wyrwać zwycięstwo. Obie drużyny były w świetnej formie i szanowały się nawzajem. My byliśmy lepsi zaledwie o włos, więc nie było powodów, żeby chodzić z głową w chmurach.
Czy twoje wyobrażenie o Anwilu się spełnia?
- Zawsze postrzegałem Anwil przez pryzmat sportowy. Wiedziałem, że we Włocławku gra się niezwykle ciężko, nawet kiedy Rottweilery były w słabszej formie. Anwil to marka i za każdym razem trzeba było być przygotowanym na ciężki mecz. Wiele klubów boi się pojedynków z Anwilem, my oczywiście aż tak tego nie odczuwaliśmy, bo też czuliśmy się mocni. Niemniej, szacunek był i teraz cieszę się, że mam okazję posmakować jak to wygląda od drugiej strony.
No i masz wreszcie świetnych kibiców po swojej stronie. Na pewno widziałeś w ostatnich dniach wywieszone na każdym włocławskim wiadukcie transparenty „Wszyscy na Biało!”?
- Tak, kibice Anwilu czują koszykówkę i potrafią dać przysłowiowego kopa drużynie. To co się dzieje teraz, przed meczem z Asseco Prokomem pokazuje jak fajnie może wyglądać spontaniczna, żywiołowa akcja kibiców. Całe miasto wie, że czeka nas ważny mecz i podejrzewam, że jeśli nawet ktoś nie będzie osobiście w hali, to gdzieś w domu, przy radyjku będzie trzymał za nas kciuki. To świetne wsparcie, bo dodaje nam pewności siebie. Podnosi się też adrenalina, gdy się wie, że to tak ważny mecz dla włocławian.
Wspomniałeś o finałach z 2010 roku, gdzie w decydującym meczu zdobyłeś 13 punktów i 6 zbiórek. Pora oddać to w sobotę Anwilowi…
- Bardzo bym tego chciał. Będę się starał z całych sił, żeby pomóc wygrać swojej drużynie. To byłby krok w kierunku w jakim wszyscy zmierzamy. Zawodnicy, trenerzy, pracownicy klubu, wszyscy robimy co w naszej mocy, żeby koniec sezonu był dla Anwilu jak najlepszy.
Trener Andrzej Adamek już w ubiegłym roku wyprowadził gdynian z trudnej sytuacji. Teraz został wrzucony na jeszcze głębszą wodę. Ile czasu potrzeba żeby poukładać tę drużynę?
- Chociaż trener może wykonywać najlepszą pracę, to nie oszukujmy się, nie zawsze wszystko zależy od niego. Zobaczymy jak będzie wyglądała sytuacja finansowa, czy klub pozyska jakichś nowych zawodników, jak ułoży się sezon. Trener Adamek ma swoją wartość, ale muszą mu jeszcze sprzyjać okoliczności.
2 lutego w Hali Mistrzów Anwil podejmie Asseco Prokom i na pewno zobaczymy ciekawe widowisko. Co będzie decydować o wyniku?
- Myślę, że obrona. Naszym zadaniem będzie zatrzymanie kilku zawodników Asseco Prokomu. I to nie na początku meczu, albo w jakimś jego fragmencie. Trzeba będzie grać przeciw nim uważnie przez całe spotkanie.
Miejmy nadzieję, że cenna będzie również twoja dobra współpraca w ataku z Krzysztofem Szubargą. Komplementowałeś go za podania jeszcze z czasów wspólnej gry w drużynie mistrza Polski…
- Fanie by było. Pracujemy nad tym na treningach i chciałbym, żeby to zaprocentowało w meczu. Atak to sól koszykówki, więc będziemy się starać. Krzysiek jest w fantastycznej formie i my teraz musimy mu dorównać. Postaramy się dostosować poziomem do naszego rozgrywającego, żeby kibice obejrzeli piękny i porywający mecz.
Dalsza część rozmowy z Adamem Łapetą w specjalnym numerze magazynu meczowego „Anwil Team”, który otrzymacie Państwo w sobotę, podczas pojedynku Anwilu z Asseco Prokomem.