Mecz z Polpharmą Starogard Gdański był wyjątkowy dla Łukasza Majewskiego, który w tym klubie spędził dwa wyjątkowe sezony. Przeżył tam gorycz miejsca spadkowego, jak i euforię po zdobyciu brązowego medalu. Swoim świetnym występem skrzydłowy Anwilu udowodnił jednak, że w sporcie nie ma sentymentów. Zapraszamy do lektury wywiadu z Łukaszem Majewskim.
Mecz z Polpharmą Starogard Gdański był wyjątkowy dla Łukasza Majewskiego, który w tym klubie spędził dwa wyjątkowe sezony. Przeżył tam gorycz miejsca spadkowego, jak i euforię po zdobyciu brązowego medalu. Swoim świetnym występem skrzydłowy Anwilu udowodnił jednak, że w sporcie nie ma sentymentów. Zapraszamy do lektury wywiadu z Łukaszem Majewskim.
Miałeś ochotę wybrać kierunek poznański, tak jak to zrobił trener Milja Bogicević i kilku twoich kolegów?
Łukasz Majewski: Mimo że z trenerem Bogiceviciem mamy dobry kontakt, to jednak szybka i konkretna oferta od Anwilu przebiła wszystkie inne opcje. Bardzo chciałem przyjść grać do Włocławka. Miałem oczywiście świadomość, jakie wymagania stawia się tutaj zawodnikom, ale postanowiłem, że się sprawdzę. Presja wyniku jest we Włocławku ogromna, większa niż w jakimkolwiek innym mieście. Postanowiłem się z nią zmierzyć i na razie nie żałuję.
Czy zatem tylko presją różni się gra w Anwilu od gry w innych klubach? Na to by wyglądało, jeśli spojrzeć na twoje aktualne statystyki, nieodbiegające znacząco w żadnym elemencie od zeszłosezonowych…
Różnica to przede wszystkim partnerzy, z którymi gram i trenuję. Chyba pierwszy raz mam komfort pracy w gronie 12 zawodników, z których żaden nie odbiega umiejętnościami od pozostałych. Na treningach trwa rywalizacja taka jak z rywalami meczowymi. To rozwija, a z drugiej strony daje świadomość, że nawet jeśli podczas meczu coś ci nie wyjdzie, to na ławce jest partner, który z powodzeniem cię zastąpi. A co do moich statystyk, to one oczywiście nie oszałamiają, ale taka jest moja rola w zespole. Mam swoje zadania i wśród nich zdobywanie punktów wcale nie jest najważniejsze. Trener daje mi odczuć, że jest ze mnie zadowolony, więc wszystko jest okej. Nikt mi nie powie, że w drużynie takiej jak Anwil ponad 30 minut na parkiecie spędza człowiek, który jest tylko statystą. Musisz coś wnosić do gry, żeby szkoleniowiec obdarzył cię takim zaufaniem. I to niekoniecznie muszą być punkty.
W tym roku praktycznie nie miałeś wakacji. Najpierw kadra, a później występy w lidze. Taka praca z pewnością daje się we znaki. Boisz się, że przyjdzie kryzys formy?
Pod względem fizycznym czuję się dobrze. To normalne, że przez dzień czy dwa po meczu potrzebuję wypoczynku, bo organizm jest wyeksploatowany, ale poza tym wszystko jest w porządku. Słyszałem od kolegów z kadry, że przy tak długim sezonie dołek jest nieunikniony, ale mnie on chyba na razie nie grozi.
Wspomniałeś o wypoczynku. Mógłbyś opisać, w jaki sposób zawodnik dochodzi do siebie po meczu?
Przede wszystkim po meczu mało który zawodnik jest w stanie zasnąć. Adrenalina jest tak wysoka, że trzyma jeszcze wiele godzin po spotkaniu i naprawdę trudno o sen. Również apetyt nie dopisuje i trzeba tylko pamiętać, żeby uzupełnić płyny w organizmie. Aby zregenerować mięśnie i zrelaksować umysł dzień po meczu, przechodzimy odnowę biologiczną. Polega ona na wypoczynku w basenie lub saunie, a do tego na masażu. Z reguły odnowa biologiczna, tak jak trening, jest obowiązkowa. Ten dzień poświęcamy na regenerację i odpoczynek od koszykówki. Kolejnego dnia również nie mamy zbyt dużej styczności z czystą koszykówką. Zazwyczaj odbywamy ciężki trening w siłowni i zajęcia lekkoatletyczne. Wszystko po to, by poczuć głód koszykówki i adrenaliny.
Łukasz Majewski: Mimo że z trenerem Bogiceviciem mamy dobry kontakt, to jednak szybka i konkretna oferta od Anwilu przebiła wszystkie inne opcje. Bardzo chciałem przyjść grać do Włocławka. Miałem oczywiście świadomość, jakie wymagania stawia się tutaj zawodnikom, ale postanowiłem, że się sprawdzę. Presja wyniku jest we Włocławku ogromna, większa niż w jakimkolwiek innym mieście. Postanowiłem się z nią zmierzyć i na razie nie żałuję.
Czy zatem tylko presją różni się gra w Anwilu od gry w innych klubach? Na to by wyglądało, jeśli spojrzeć na twoje aktualne statystyki, nieodbiegające znacząco w żadnym elemencie od zeszłosezonowych…
Różnica to przede wszystkim partnerzy, z którymi gram i trenuję. Chyba pierwszy raz mam komfort pracy w gronie 12 zawodników, z których żaden nie odbiega umiejętnościami od pozostałych. Na treningach trwa rywalizacja taka jak z rywalami meczowymi. To rozwija, a z drugiej strony daje świadomość, że nawet jeśli podczas meczu coś ci nie wyjdzie, to na ławce jest partner, który z powodzeniem cię zastąpi. A co do moich statystyk, to one oczywiście nie oszałamiają, ale taka jest moja rola w zespole. Mam swoje zadania i wśród nich zdobywanie punktów wcale nie jest najważniejsze. Trener daje mi odczuć, że jest ze mnie zadowolony, więc wszystko jest okej. Nikt mi nie powie, że w drużynie takiej jak Anwil ponad 30 minut na parkiecie spędza człowiek, który jest tylko statystą. Musisz coś wnosić do gry, żeby szkoleniowiec obdarzył cię takim zaufaniem. I to niekoniecznie muszą być punkty.
W tym roku praktycznie nie miałeś wakacji. Najpierw kadra, a później występy w lidze. Taka praca z pewnością daje się we znaki. Boisz się, że przyjdzie kryzys formy?
Pod względem fizycznym czuję się dobrze. To normalne, że przez dzień czy dwa po meczu potrzebuję wypoczynku, bo organizm jest wyeksploatowany, ale poza tym wszystko jest w porządku. Słyszałem od kolegów z kadry, że przy tak długim sezonie dołek jest nieunikniony, ale mnie on chyba na razie nie grozi.
Wspomniałeś o wypoczynku. Mógłbyś opisać, w jaki sposób zawodnik dochodzi do siebie po meczu?
Przede wszystkim po meczu mało który zawodnik jest w stanie zasnąć. Adrenalina jest tak wysoka, że trzyma jeszcze wiele godzin po spotkaniu i naprawdę trudno o sen. Również apetyt nie dopisuje i trzeba tylko pamiętać, żeby uzupełnić płyny w organizmie. Aby zregenerować mięśnie i zrelaksować umysł dzień po meczu, przechodzimy odnowę biologiczną. Polega ona na wypoczynku w basenie lub saunie, a do tego na masażu. Z reguły odnowa biologiczna, tak jak trening, jest obowiązkowa. Ten dzień poświęcamy na regenerację i odpoczynek od koszykówki. Kolejnego dnia również nie mamy zbyt dużej styczności z czystą koszykówką. Zazwyczaj odbywamy ciężki trening w siłowni i zajęcia lekkoatletyczne. Wszystko po to, by poczuć głód koszykówki i adrenaliny.
Taki cykl sprawia na pewno, że jesteś uzależniony od silnych emocji. Co robisz w okresie wakacyjnym, żeby zapewnić sobie dawkę adrenaliny?
Staram się czymś zająć, żeby zmęczyć nieco organizm i oszukać głowę. Biegam, chodzę na siłownię, pływam. Robię wszystko, by nie zabrakło mi treningów i by na początku przygotowań do nowego sezonu trener nie powiedział mi: „Chłopie, jak ty wyglądasz, obijałeś się przez trzy miesiące”.
Znając twoją miłość do dużych, terenowych samochodów myślałem raczej, że wyciągnę z ciebie grzeszki drogowe poczynione na adrenalinowym głodzie?
(śmiech) Aby się odstresować, lubię wieczorem wsiąść do auta i pojeździć trochę bez celu. No, może nie trochę, bo czasami wychodzą z tego całkiem długie trasy. Wieczorem nie ma korków, więc jest i mniej słabych kierowców, na których czasem się denerwuję. Za to są kierowcy, którzy wyprzedzając mnie, podnoszą mi poziom adrenaliny. Tutaj muszę się przyznać, że zdarza mi się nie odpuścić i rzucić w pogoń za takim delikwentem. Jeżdżę nissanem navarą 2,5l 170 KM, czyli autem terenowym, które na polskich drogach sprawdza się doskonale, a gdy trzeba, to i potrafi się rozpędzić…
Wiemy, że do tej pory największym fanem motoryzacji w drużynie był Andrzej Pluta. Kapitan Anwilu dyskutuje z tobą o wyższości aut luksusowych nad terenowymi?
Andrzej ma świetny samochód i nie musi mnie o tym przekonywać. Tak się składa, że w autokarze siedzimy blisko siebie, więc często na wyjazdach można podsłuchać naszych rozmów o motoryzacji. Normalne męskie gadanie.
Wracając do tematów koszykarskich, chciałbym cię spytać, co jest największym zaskoczeniem początku sezonu ligowego?
Hm… Negatywną niespodzianką są wyniki Polpharmy, której życzę jak najlepiej. Również Trefl Sopot nie radzi sobie tak, jak oczekiwaliby ci, którzy liczyli na wielkie nazwiska w swoim zespole. Z kolei sukcesem jest postawa Zastalu Zielona Góra. Beniaminek gra rewelacyjnie i dobrze, że w lidze pojawiła się taka świeża krew.
A czy zgodzisz się, że największą niespodzianką, jeśli chodzi o Anwil, nie są wyniki, ale przyjście Chrisa Thomasa?
O tak, Chris robi różnicę. Widać od razu, że grał w Hiszpanii i doskonale wie, o co chodzi w koszykówce na wysokim poziomie. Ma doświadczenie, które na pewno bardzo się przyda w europejskich pucharach. Bez dwóch zdań, transfer Chrisa czyni nas dużo mocniejszymi.
Ktoś jeszcze zaskoczył cię w naszej drużynie?
Zaskoczył mnie Eric Hicks. Ma wielkie serce do gry i pozytywne nastawienie. Zaciska zęby i na treningach daje z siebie wszystko, mimo że – jak wiadomo – ma spore zaległości. Daje nam i trenerowi to, czego potrzebujemy, czyli walkę i pozytywną energię. To wielki człowiek.
Już trzeci rok z rzędu na oficjalnej stronie internetowej klubu można wybierać MVP Anwilu. Czy za październikową grę wyróżniłbyś takim tytułem któregoś z kolegów?
Na razie najrówniej gra Andrzej Pluta z Nikolą Jovanoviciem. To jest jednak zabawa dla kibiców i ich namawiam do głosowania. Ja zajmę się graniem.
Miłośnicy statystyk prześcigają się w przypominaniu ci, że jesteś bliski pokonania bariery 1000 punktów zdobytych w polskiej lidze. Czy w meczu z Polpharmą chcesz przekroczyć ten limit, żeby mieć spokój?
Tak, takie liczenie to raczej wymysł osób pracujących wokół koszykówki. My, zawodnicy, nie myślimy o żadnych rankingach i liczbach. Brakuje mi 5 punktów do bariery 1000 i nieważne, czy zdobędę je już teraz, czy będę musiał poczekać jeszcze kilka meczów. Najważniejsze, żeby wygrywał Anwil.
Wywiad ukazał się w magazynie "Nasz Anwil".
Staram się czymś zająć, żeby zmęczyć nieco organizm i oszukać głowę. Biegam, chodzę na siłownię, pływam. Robię wszystko, by nie zabrakło mi treningów i by na początku przygotowań do nowego sezonu trener nie powiedział mi: „Chłopie, jak ty wyglądasz, obijałeś się przez trzy miesiące”.
Znając twoją miłość do dużych, terenowych samochodów myślałem raczej, że wyciągnę z ciebie grzeszki drogowe poczynione na adrenalinowym głodzie?
(śmiech) Aby się odstresować, lubię wieczorem wsiąść do auta i pojeździć trochę bez celu. No, może nie trochę, bo czasami wychodzą z tego całkiem długie trasy. Wieczorem nie ma korków, więc jest i mniej słabych kierowców, na których czasem się denerwuję. Za to są kierowcy, którzy wyprzedzając mnie, podnoszą mi poziom adrenaliny. Tutaj muszę się przyznać, że zdarza mi się nie odpuścić i rzucić w pogoń za takim delikwentem. Jeżdżę nissanem navarą 2,5l 170 KM, czyli autem terenowym, które na polskich drogach sprawdza się doskonale, a gdy trzeba, to i potrafi się rozpędzić…
Wiemy, że do tej pory największym fanem motoryzacji w drużynie był Andrzej Pluta. Kapitan Anwilu dyskutuje z tobą o wyższości aut luksusowych nad terenowymi?
Andrzej ma świetny samochód i nie musi mnie o tym przekonywać. Tak się składa, że w autokarze siedzimy blisko siebie, więc często na wyjazdach można podsłuchać naszych rozmów o motoryzacji. Normalne męskie gadanie.
Wracając do tematów koszykarskich, chciałbym cię spytać, co jest największym zaskoczeniem początku sezonu ligowego?
Hm… Negatywną niespodzianką są wyniki Polpharmy, której życzę jak najlepiej. Również Trefl Sopot nie radzi sobie tak, jak oczekiwaliby ci, którzy liczyli na wielkie nazwiska w swoim zespole. Z kolei sukcesem jest postawa Zastalu Zielona Góra. Beniaminek gra rewelacyjnie i dobrze, że w lidze pojawiła się taka świeża krew.
A czy zgodzisz się, że największą niespodzianką, jeśli chodzi o Anwil, nie są wyniki, ale przyjście Chrisa Thomasa?
O tak, Chris robi różnicę. Widać od razu, że grał w Hiszpanii i doskonale wie, o co chodzi w koszykówce na wysokim poziomie. Ma doświadczenie, które na pewno bardzo się przyda w europejskich pucharach. Bez dwóch zdań, transfer Chrisa czyni nas dużo mocniejszymi.
Ktoś jeszcze zaskoczył cię w naszej drużynie?
Zaskoczył mnie Eric Hicks. Ma wielkie serce do gry i pozytywne nastawienie. Zaciska zęby i na treningach daje z siebie wszystko, mimo że – jak wiadomo – ma spore zaległości. Daje nam i trenerowi to, czego potrzebujemy, czyli walkę i pozytywną energię. To wielki człowiek.
Już trzeci rok z rzędu na oficjalnej stronie internetowej klubu można wybierać MVP Anwilu. Czy za październikową grę wyróżniłbyś takim tytułem któregoś z kolegów?
Na razie najrówniej gra Andrzej Pluta z Nikolą Jovanoviciem. To jest jednak zabawa dla kibiców i ich namawiam do głosowania. Ja zajmę się graniem.
Miłośnicy statystyk prześcigają się w przypominaniu ci, że jesteś bliski pokonania bariery 1000 punktów zdobytych w polskiej lidze. Czy w meczu z Polpharmą chcesz przekroczyć ten limit, żeby mieć spokój?
Tak, takie liczenie to raczej wymysł osób pracujących wokół koszykówki. My, zawodnicy, nie myślimy o żadnych rankingach i liczbach. Brakuje mi 5 punktów do bariery 1000 i nieważne, czy zdobędę je już teraz, czy będę musiał poczekać jeszcze kilka meczów. Najważniejsze, żeby wygrywał Anwil.
Wywiad ukazał się w magazynie "Nasz Anwil".