- Nadal chcę walczyć o medale. Śmiało mogę powiedzieć, że w przyszłym sezonie w kwestii podziału medali zdarzyć się może wszystko. Ani Asseco Prokom nie będzie tak mocny, ani pozostałe zespoły tak słabe, żeby z góry rozdzielić miejsca na podium – mówi w wywiadzie dla naszej strony internetowej Łukasz Seweryn, obrońca Anwilu Włocławek.
- Nadal chcę walczyć o medale. Śmiało mogę powiedzieć, że w przyszłym sezonie w kwestii podziału medali zdarzyć się może wszystko. Ani Asseco Prokom nie będzie tak mocny, ani pozostałe zespoły tak słabe, żeby z góry rozdzielić miejsca na podium – mówi w wywiadzie dla naszej strony internetowej Łukasz Seweryn, obrońca Anwilu Włocławek.
„Skazany na koszykówkę” – tak mogłaby się rozpocząć opowieść o twojej sportowej karierze…
Łukasz Seweryn: Rzeczywiście, wydawałoby się, że historia mojej rodziny musiała pchnąć mnie w kierunku tego sportu, ale nie do końca tak było. W wieku dziecięcym zaczynałem od tenisa ziemnego i do basketu trafiłem dopiero, gdy okazało się, że naturalnym treningiem wspomagającym w tej dyscyplinie są zajęcia koszykarskie. Moi rodzice grali zawodowo w koszykówkę i nie było problemu z tym, żeby odnaleźć się w tym sporcie.
Zresztą nie tylko rodzice.
- Największe sukcesy święciła mama Grażyna i wuj Andrzej. Jeśli dobrze pamiętam mama ma 250 meczów rozegranych w reprezentacji Polski. Wiąże się z nią też ciekawa anegdota. Podczas jednego z turniejów międzynarodowych [Mistrzostwa Świata 1983 w Brazylii – red.], gdy toczyła się dyskusja o tym, czy linia rzutów za trzy dla kobiet powinna znajdować się bliżej kosza niż u mężczyzn, trafiła siedmiokrotnie z tej dalszej odległości i natychmiast ucięła wszelkie dywagacje. Mówiono później (bodajże powiedział to Borislav Stanković), że skoro taka filigranowa rozgrywająca może w jednym meczu trafić tyle razy, to nie ma sensu kombinować z liniami.
Tata również był specjalistą od rzutów z dystansu?
- Tak, o czym świadczy to, że był nawet taki sezon w którym oboje wywalczyli koronę królów strzelców za trzy. Mama była najlepsza pod tym względem w lidze kobiet, a tata mężczyzn. Byli już wtedy parą. Później, w Krakowie tata był trenerem mamy i udało się im wywalczyć wicemistrzostwo Polski.
Kto w takim razie był twoim największym idolem? Czyje imię wykrzykiwałeś trafiając rzuty podczas podwórkowych meczów z kolegami – taty, czy wuja?
- Właściwie, to raczej wcielałem się w postaci z NBA. Gdy razem z kuzynami graliśmy w ogródku u dziadków, to każdy z nas był Jordanem, Pipenem itd. Czasami też rywalizowaliśmy ze starszymi, np. rzucając wolne.
Będzie kontynuacja tych koszykarskich tradycji?
- Aťyczyłbym sobie tego, ale nikogo do niczego zmuszał nie będę. Mam 3-miesięczną córeczkę Wiktorię, którą musimy już ubierać w ciuszki dla dzieci sześciomiesięcznych. Kto wie, może będzie miała warunki do uprawiania basketu…
Czy w trakcie swojej kariery koszykarskiej kiedykolwiek byłeś blisko Anwilu?
- Pod względem kilometrów, to chyba najbliżej mi było, kiedy grałem w Pruszkowie. A mówiąc poważnie, to przypominam sobie sytuację, która miała miejsce, gdy trenerem we Włocławku był Andrej Urlep. Otrzymałem telefon z zaproszeniem na obóz w Słowenii, gdzie szkoleniowiec chciał z bliska przyjrzeć się młodym, polskim koszykarzom. Niestety, wtedy nie mogłem dołączyć do włocławskiego zespołu i nasze drogi się rozeszły.
A jakiś szczególny mecz we Włocławku?
- Niezapomniane chwile w Hali Mistrzów przeżyłem, gdy w 2010 roku odebrałem tam swój pierwszy w życiu złoty medal mistrzostw Polski. Z powodu kontuzji nie grałem w finale, ale przyjechałem do Włocławka prosto z kliniki z Warszawy. Moja noga byłą tak obolała, że poruszałem się z wielkim trudem, ale za żadne skarby nie chciałem przegapić dekoracji. Okazało się, że dobrze zrobiłem, bo to były niesamowite chwile. Pamiętam, że znakomicie zachowali się kibice Anwilu, którzy nagrodzili nas brawami. Nie ma w Polsce innych, tak fanatycznych i fantastycznych kibiców, a wtedy sprawili nam niespodziankę i godnie uczcili również nasz sukces.
Wspomniałeś o kontuzji z 2010 roku. To chyba najtrudniejsze z doświadczeń, jakie może spotkać sportowca…
- Ten groźny uraz, a później żmudna i ciężka rehabilitacja wiele mnie nauczyły. Trener Aleksandras Kosauskas poświęcił wiele czasu, żeby postawić mnie na nogi i dziś to procentuje. Czuję się świetnie, dbam o zdrowie i jestem gotowy do gry.
Łukasz Seweryn: Rzeczywiście, wydawałoby się, że historia mojej rodziny musiała pchnąć mnie w kierunku tego sportu, ale nie do końca tak było. W wieku dziecięcym zaczynałem od tenisa ziemnego i do basketu trafiłem dopiero, gdy okazało się, że naturalnym treningiem wspomagającym w tej dyscyplinie są zajęcia koszykarskie. Moi rodzice grali zawodowo w koszykówkę i nie było problemu z tym, żeby odnaleźć się w tym sporcie.
Zresztą nie tylko rodzice.
- Największe sukcesy święciła mama Grażyna i wuj Andrzej. Jeśli dobrze pamiętam mama ma 250 meczów rozegranych w reprezentacji Polski. Wiąże się z nią też ciekawa anegdota. Podczas jednego z turniejów międzynarodowych [Mistrzostwa Świata 1983 w Brazylii – red.], gdy toczyła się dyskusja o tym, czy linia rzutów za trzy dla kobiet powinna znajdować się bliżej kosza niż u mężczyzn, trafiła siedmiokrotnie z tej dalszej odległości i natychmiast ucięła wszelkie dywagacje. Mówiono później (bodajże powiedział to Borislav Stanković), że skoro taka filigranowa rozgrywająca może w jednym meczu trafić tyle razy, to nie ma sensu kombinować z liniami.
Tata również był specjalistą od rzutów z dystansu?
- Tak, o czym świadczy to, że był nawet taki sezon w którym oboje wywalczyli koronę królów strzelców za trzy. Mama była najlepsza pod tym względem w lidze kobiet, a tata mężczyzn. Byli już wtedy parą. Później, w Krakowie tata był trenerem mamy i udało się im wywalczyć wicemistrzostwo Polski.
Kto w takim razie był twoim największym idolem? Czyje imię wykrzykiwałeś trafiając rzuty podczas podwórkowych meczów z kolegami – taty, czy wuja?
- Właściwie, to raczej wcielałem się w postaci z NBA. Gdy razem z kuzynami graliśmy w ogródku u dziadków, to każdy z nas był Jordanem, Pipenem itd. Czasami też rywalizowaliśmy ze starszymi, np. rzucając wolne.
Będzie kontynuacja tych koszykarskich tradycji?
- Aťyczyłbym sobie tego, ale nikogo do niczego zmuszał nie będę. Mam 3-miesięczną córeczkę Wiktorię, którą musimy już ubierać w ciuszki dla dzieci sześciomiesięcznych. Kto wie, może będzie miała warunki do uprawiania basketu…
Czy w trakcie swojej kariery koszykarskiej kiedykolwiek byłeś blisko Anwilu?
- Pod względem kilometrów, to chyba najbliżej mi było, kiedy grałem w Pruszkowie. A mówiąc poważnie, to przypominam sobie sytuację, która miała miejsce, gdy trenerem we Włocławku był Andrej Urlep. Otrzymałem telefon z zaproszeniem na obóz w Słowenii, gdzie szkoleniowiec chciał z bliska przyjrzeć się młodym, polskim koszykarzom. Niestety, wtedy nie mogłem dołączyć do włocławskiego zespołu i nasze drogi się rozeszły.
A jakiś szczególny mecz we Włocławku?
- Niezapomniane chwile w Hali Mistrzów przeżyłem, gdy w 2010 roku odebrałem tam swój pierwszy w życiu złoty medal mistrzostw Polski. Z powodu kontuzji nie grałem w finale, ale przyjechałem do Włocławka prosto z kliniki z Warszawy. Moja noga byłą tak obolała, że poruszałem się z wielkim trudem, ale za żadne skarby nie chciałem przegapić dekoracji. Okazało się, że dobrze zrobiłem, bo to były niesamowite chwile. Pamiętam, że znakomicie zachowali się kibice Anwilu, którzy nagrodzili nas brawami. Nie ma w Polsce innych, tak fanatycznych i fantastycznych kibiców, a wtedy sprawili nam niespodziankę i godnie uczcili również nasz sukces.
Wspomniałeś o kontuzji z 2010 roku. To chyba najtrudniejsze z doświadczeń, jakie może spotkać sportowca…
- Ten groźny uraz, a później żmudna i ciężka rehabilitacja wiele mnie nauczyły. Trener Aleksandras Kosauskas poświęcił wiele czasu, żeby postawić mnie na nogi i dziś to procentuje. Czuję się świetnie, dbam o zdrowie i jestem gotowy do gry.
To ten trener, z którym wiąże się ciekawa anegdota o jego metodach treningowych?
- Trener Kosauskas ma wykrojoną z drewna i osadzoną na trzonku dużych rozmiarów dłoń, która służy do blokowania rzutów podczas zajęć. Nobilitacją jest wpisanie swojego nazwiska na palcach tej dłoni, a można to uczynić tylko zdobywając 21 punktów rzucając za trzy, z tym, że przy niecelnym rzucie konto pomniejsza się o trzy oczka. O tym, jak jest to trudne zadanie świadczy fakt, że niewielu koszykarzy Prokomu podpisało się na tej dłoni. Ja miałem to szczęście.
Trener Dainius Adomaitis podkreśla, że ceni sobie twoje doświadczenie z europejskich pucharów. Spodziewałeś się, że kiedykolwiek tam zagrasz?
- Na początku kariery Euroligę traktowałem jako rozgrywki będące poza moim zasięgiem. Później jednak trafiłem do drużyny Tomasa Pasesasa, gdzie na grę trzeba było sobie zasłużyć ciężką pracą. Ja należę do ludzi, którzy nie boją się harówki i m.in. dzięki temu zyskałem uznanie trenera. Na każdą minutę zapracowałem, z każdej bardzo się cieszę i każdą będę długo wspominał. Euroliga i VTB to niesamowite doświadczenie, które będzie jeszcze procentować.
Czy to co prezentowałeś w Asseco Prokomie było kwintesencją twojej gry, czy możemy się spodziewać, że jeszcze czymś nas zaskoczysz?
- To zależy, czego będzie potrzebował trener Adomaitis. Już w rozmowie z nim powiedziałem, że nie gwarantuję rzeczy niemożliwych. Obiecuję natomiast, że w każdy trening i mecz włożę całe swoje serce. Jestem znany z pracowitości i potwierdzę to w Anwilu. Będę się starał wykonać każde zadanie z całych sił, bez względu na to, czy będzie chodziło o atak, czy obronę.
W Gdyni zostałeś zaszufladkowany jako specjalista od rzutów za trzy. Czy taka specjalizacja ci odpowiada, czy denerwuje?
- Ja się cieszę, gdy mogę być pomocny dla zespołu. Jeśli trener uznaje, że najbardziej potrzebuje ode mnie rzutów z dystansu, to moim zadaniem jest je wykonywać. W minionym sezonie byłem skuteczny w tym elemencie, więc chyba pomogłem zespołowi. Wychodziłem, żeby szukać okazji do rzutów za trzy i gdy się nadarzały, to z nich korzystałem.
A co, gdy nie było otwartych rzutów i wracałeś na ławkę? Frustrowało to cię?
- Mecze układają się w różny sposób i to trener decyduje który zawodnik gra w którym momencie. Koszykarz stara się wykorzystać swój czas, ale koszykówka to gra błędów i z tym też trzeba się pogodzić, zwłaszcza gdy chodzi o rzuty. Gdy pika nie siedzi, albo nie ma okazji do trafień, trzeba po prostu uznać wolę szkoleniowca, który stawia na innego koszykarza.
Ostatnio grałeś w drużynie, której jasnym celem było mistrzostwo Polski. Trudno jest teraz zweryfikować swoje ambicje?
- Wcale nie muszę tego robić. Nadal chcę walczyć o medale. Śmiało mogę powiedzieć, że w przyszłym sezonie w kwestii podziału medali zdarzyć się może wszystko. Ani Asseco Prokom nie będzie tak mocny, ani pozostałe zespoły tak słabe, żeby z góry rozdzielić miejsca na podium. Dlatego uważam, że Anwil może sobie stawiać najwyższe cele.
Aťeby pokonać gdynian, na pewno będzie potrzebnych kilka twoich trójek…
- Na pewno. Będę się starał z całych sił, żeby wstrzelić się w meczu z tak ważnym rywalem.
Od czasów Andrzeja Pluty jesteś pierwszym tak wyspecjalizowanym w rzutach za trzy koszykarzem Anwilu. Na pewno nie unikniesz…
- … Zaraz, zaraz. Gdzie Andrzej Pluta, a gdzie ja? On jest jeden, najlepszy i niepowtarzalny. Nie chciałbym być do niego porównywany, bo przecież on oprócz trójek robił mnóstwo innych, fantastycznych rzeczy. Ja też potrafię więcej niż tylko razić za trzy, ale jeszcze muszę nad sobą pracować, uczyć się, rozwijać. Postaram się dać Anwilowi jak najwięcej.
A co ze swojego doświadczenia możesz dać innym? Myślę tu w szczególności o młodym Michale Sokołowskim, który podobnie jak ty gra na pozycjach rzucającego obrońcy i niskiego skrzydłowego.
- Jeszcze nie znamy się z Michałem, ale na pewno znajdziemy wspólny język. Jeśli tylko będą takie elementy, które podpatrzy u mnie i będzie się chciał więcej dowiedzieć, to służę mu pomocą. Ja starałem się w ten sposób robić i teraz chętnie podzielę się swoim doświadczeniem.
Na koniec powiedz jak realizujesz się w nowej roli ojca? Wakacje są tym czasem, kiedy na chwilę koszykówkę można odłożyć na bok i zająć się córką, która miejmy nadzieję, że szczęśliwie dla Anwilu otrzymała imię Wiktoria…
- Tak, miejmy nadzieję, że to dobry znak dla Anwilu. Gdy Wiktoria się urodziła mieliśmy najgorętszy moment ligi i przyznaję, że nie za bardzo miałem czas się nią zajmować. Tutaj ukłony w stronę mojej żony i rodziny. Teraz nadrabiam zaległości i staram się zajmować córeczką na tyle, na ile to możliwe. Muszę wykorzystać ten czas, bo już niedługo zaczynamy przygotowania do sezonu i znów będę pochłonięty rozgrywkami.
- Trener Kosauskas ma wykrojoną z drewna i osadzoną na trzonku dużych rozmiarów dłoń, która służy do blokowania rzutów podczas zajęć. Nobilitacją jest wpisanie swojego nazwiska na palcach tej dłoni, a można to uczynić tylko zdobywając 21 punktów rzucając za trzy, z tym, że przy niecelnym rzucie konto pomniejsza się o trzy oczka. O tym, jak jest to trudne zadanie świadczy fakt, że niewielu koszykarzy Prokomu podpisało się na tej dłoni. Ja miałem to szczęście.
Trener Dainius Adomaitis podkreśla, że ceni sobie twoje doświadczenie z europejskich pucharów. Spodziewałeś się, że kiedykolwiek tam zagrasz?
- Na początku kariery Euroligę traktowałem jako rozgrywki będące poza moim zasięgiem. Później jednak trafiłem do drużyny Tomasa Pasesasa, gdzie na grę trzeba było sobie zasłużyć ciężką pracą. Ja należę do ludzi, którzy nie boją się harówki i m.in. dzięki temu zyskałem uznanie trenera. Na każdą minutę zapracowałem, z każdej bardzo się cieszę i każdą będę długo wspominał. Euroliga i VTB to niesamowite doświadczenie, które będzie jeszcze procentować.
Czy to co prezentowałeś w Asseco Prokomie było kwintesencją twojej gry, czy możemy się spodziewać, że jeszcze czymś nas zaskoczysz?
- To zależy, czego będzie potrzebował trener Adomaitis. Już w rozmowie z nim powiedziałem, że nie gwarantuję rzeczy niemożliwych. Obiecuję natomiast, że w każdy trening i mecz włożę całe swoje serce. Jestem znany z pracowitości i potwierdzę to w Anwilu. Będę się starał wykonać każde zadanie z całych sił, bez względu na to, czy będzie chodziło o atak, czy obronę.
W Gdyni zostałeś zaszufladkowany jako specjalista od rzutów za trzy. Czy taka specjalizacja ci odpowiada, czy denerwuje?
- Ja się cieszę, gdy mogę być pomocny dla zespołu. Jeśli trener uznaje, że najbardziej potrzebuje ode mnie rzutów z dystansu, to moim zadaniem jest je wykonywać. W minionym sezonie byłem skuteczny w tym elemencie, więc chyba pomogłem zespołowi. Wychodziłem, żeby szukać okazji do rzutów za trzy i gdy się nadarzały, to z nich korzystałem.
A co, gdy nie było otwartych rzutów i wracałeś na ławkę? Frustrowało to cię?
- Mecze układają się w różny sposób i to trener decyduje który zawodnik gra w którym momencie. Koszykarz stara się wykorzystać swój czas, ale koszykówka to gra błędów i z tym też trzeba się pogodzić, zwłaszcza gdy chodzi o rzuty. Gdy pika nie siedzi, albo nie ma okazji do trafień, trzeba po prostu uznać wolę szkoleniowca, który stawia na innego koszykarza.
Ostatnio grałeś w drużynie, której jasnym celem było mistrzostwo Polski. Trudno jest teraz zweryfikować swoje ambicje?
- Wcale nie muszę tego robić. Nadal chcę walczyć o medale. Śmiało mogę powiedzieć, że w przyszłym sezonie w kwestii podziału medali zdarzyć się może wszystko. Ani Asseco Prokom nie będzie tak mocny, ani pozostałe zespoły tak słabe, żeby z góry rozdzielić miejsca na podium. Dlatego uważam, że Anwil może sobie stawiać najwyższe cele.
Aťeby pokonać gdynian, na pewno będzie potrzebnych kilka twoich trójek…
- Na pewno. Będę się starał z całych sił, żeby wstrzelić się w meczu z tak ważnym rywalem.
Od czasów Andrzeja Pluty jesteś pierwszym tak wyspecjalizowanym w rzutach za trzy koszykarzem Anwilu. Na pewno nie unikniesz…
- … Zaraz, zaraz. Gdzie Andrzej Pluta, a gdzie ja? On jest jeden, najlepszy i niepowtarzalny. Nie chciałbym być do niego porównywany, bo przecież on oprócz trójek robił mnóstwo innych, fantastycznych rzeczy. Ja też potrafię więcej niż tylko razić za trzy, ale jeszcze muszę nad sobą pracować, uczyć się, rozwijać. Postaram się dać Anwilowi jak najwięcej.
A co ze swojego doświadczenia możesz dać innym? Myślę tu w szczególności o młodym Michale Sokołowskim, który podobnie jak ty gra na pozycjach rzucającego obrońcy i niskiego skrzydłowego.
- Jeszcze nie znamy się z Michałem, ale na pewno znajdziemy wspólny język. Jeśli tylko będą takie elementy, które podpatrzy u mnie i będzie się chciał więcej dowiedzieć, to służę mu pomocą. Ja starałem się w ten sposób robić i teraz chętnie podzielę się swoim doświadczeniem.
Na koniec powiedz jak realizujesz się w nowej roli ojca? Wakacje są tym czasem, kiedy na chwilę koszykówkę można odłożyć na bok i zająć się córką, która miejmy nadzieję, że szczęśliwie dla Anwilu otrzymała imię Wiktoria…
- Tak, miejmy nadzieję, że to dobry znak dla Anwilu. Gdy Wiktoria się urodziła mieliśmy najgorętszy moment ligi i przyznaję, że nie za bardzo miałem czas się nią zajmować. Tutaj ukłony w stronę mojej żony i rodziny. Teraz nadrabiam zaległości i staram się zajmować córeczką na tyle, na ile to możliwe. Muszę wykorzystać ten czas, bo już niedługo zaczynamy przygotowania do sezonu i znów będę pochłonięty rozgrywkami.