Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Historia nieco inna - Anwil Włocławek rok po roku

Poniedziałek, 01 Stycznia 2018, 9:55, Artur Gąsiorowski

Wszyscy wiemy jak wyglądały poszczególne sezony w historii występów Anwilu Włocławek w ekstraklasie. Artur Gąsiorowski zabiera nas w inną podróż wstecz - który rok był dla Rottweilerów najlepszy?

1992

W styczniu 1992 roku rozpoczynała się runda rewanżowa rozgrywek o awans do koszykarskiej elity. Podopieczni Mirosława Noculaka grali jak z nut. Po siedmiu kolejnych zwycięstwach przegrali dopiero na początku marca w Szczecinie. Ale ta porażka mogła ich drogo kosztować. Właśnie z Pogonią ekipa Provide walczyła o bezpośredni awans do elity. W tym momencie szczecinianie lepsi jednak byli od naszego zespołu w bilansie bezpośrednich spotkań. I choć już do końca rozgrywek włocławianie nie przegrali żadnego spotkania, to oni musieli spotkać się w barażach z wałbrzyskim Górnikiem. Po remisowym dwumeczu na Śląsku zespół, prowadzony już wówczas przez Szczepana Waczyńskiego dwukrotnie pokonał wałbrzyszan we Włocławku i awansował do krajowej elity. W stolicy Kujaw zapanowało istna euforia. Jednocześnie jednak zastanawiano się, czy ekipa poradzi sobie w najwyższej klasie rozgrywkowej. Zupełnie niepotrzebnie. Po siedmiu spotkaniach Nobiles, bo taką nazwę przyjęła ekipa z Włocławka, prowadził w ekstraklasie ze znakomitym bilansem 6-1. Ostatecznie jednak, po serii kontuzji i kilku wpadkach, włocławianie zakończyli rok z bilansem 7-7, co w ogólnym rozrachunku za rok 1992 daje im 20 zwycięstw w 29 spotkaniach i znakomity 68,9 % zwycięstw.

1993

To co stało się później chyba jeszcze spora rzesza kibiców nad Wisłą pamięta. Niezła druga runda i bajeczne w wykonaniu Nobilesu rozgrywki play-off, w których włocławianie, startując z siódmej pozycji, wyeliminowali drugą po sezonie Stal Bobrek Bytom i trzecie ASPRO Wrocław i jako absolutny beniaminek zameldowali się w wielkim finale. W starciu ze Śląskiem Szczepana Waczyńskiego przegrali co prawda 0:3, ale i tak wszyscy w stolicy Kujaw cieszyli się ze zdobycia wicemistrzostwa. Teraz należało swoją wysoką pozycję w krajowym baskecie utrzymać. Tymczasem jesień 1993 roku zaczęła się dla Nobilesu fatalnie. Zespół grał w kratkę, dobre spotkania przeplatając zupełnie nieudanymi. Czarę goryczy dopełniła wysoka przegrana z AZS-em w Lublinie (97:111), po której z ławką trenerską Nobilesu pożegnał się Szczepan Waczyński. Jego miejsce zajął Wojciech Krajewski. I na tyle poprawił grę włocławian, że ci, na zakończenie roku, plasowali się na drugiej pozycji w ligowej tabeli.

1994

Włocławianie swoją wysoką pozycję w tabeli utrzymali zarówno po regular season jak i rozgrywkach w grupie 1-6. A później była niemal powtórka z poprzedniej wiosny. Pokonanie ASPRO Wrocław i Lecha Poznań dało awans do finału. Tam po raz kolejny lepsi okazali się koszykarze ze stolicy Dolnego Śląska, ale i tak sukces ekipy Wojciecha Krajewskiego nie podlegał dyskusji. W drugiej połowie roku Nobiles wystartował do rozgrywek wręcz znakomicie. Bilans jedenastu zwycięstw w dwunastu (!) spotkaniach miał swoją wymowę. Szkoda tej jednej przegranej, tym bardziej, że przydarzyła się podopiecznym Wojciecha Krajewskiego na własnym parkiecie, z Mazowszanką Pruszków. Ogółem, i ten rok trzeba uznać za niezwykle udany.

1995

Od początku roku włocławianie toczyli zaciekłe boje o pierwszą lokatę z z zespołami z Pruszkowa i Przemyśla. Wszystkie trzy ekipy sezon zasadniczy zakończyły z bilansem 18-4. Daleko pozostawiając resztę stawki z tyłu. Niestety, najgorszy bilans w dodatkowej tabelce mieli włocławianie. I to oni uplasowali się na trzecim miejscu. I niestety, w półfinale Mazowszanka wykorzystała atut parkietu, wygrywając serię 3:2 P wyeliminowaniu w pierwszej rundzie play-off wrocławskiego Śląska, we Włocłąwku apetyty były dużo większe, skończyło się na brązowym medalu. Niezwykle emocjonująco zapowiadała się końcówka roku. Choć początkowo Nobiles znów grał w kratkę, to jednak po ustabilizowaniu formy, okazał się „Czarnym koniem” rozgrywek. Pokonawszy Śląsk i Mazowszankę na wyjeździe, Nobiles wysłał sygnał, że chce zająć pierwsze miejsce przed play-off.

1996

I rzeczywiście, po sezonie zasadniczym to włocławianie zameldowali się na pierwszym miejscu w tabeli. Po raz pierwszy w historii zespół z Włocławka miał mieć więc przewagę własnego parkietu we wszystkich rundach play-off. Kibice już ostrzyli sobie zęby na upragniony mistrzowski tytuł, ale wszystkich czekał zimny prysznic. W półfinale Nobiles przegrał ze Śląskiem 1-3, a o tej konfrontacji napisano już chyba wszystko. Także o tym, że tamta lekcja z pewnością miała wpływ na starcie o brąz, które Nobiles przegrał z Polonią 0-3. Po tak nieoczekiwanym zakończeniu rozgrywek play-off we Włocławku doszło do niemal rewolucji. Najważniejszą zmianą było pożegnanie Wojciecha Krajewskiego. Jego miejsce zajął Jacek Gembal. Nie na długo zresztą. Po fatalnym starcie, gdy Nobiles/Azoty, bo taką właśnie nazwę nosiła ekipa ze stolicy Kujaw, zastąpił go Wojciech Kobielski. I wywindował swój zespół na wysoką, biorąc pod uwagę fatalne wyniki pod wodzą Jacka Gembala, piątą pozycję po pierwszej fazie sezonu.

1997

Niestety, najważniejsza faza rozgrywek zupełnie włocławianom nie wyszła. Zespół w pierwszej rundzie play-off trafił bowiem na czwarty Komfort Forbo Stargard Szczeciński i po trzech porażkach szybko zakończył sezon. A budowę nowej drużyny trzeba było zacząć niemal od początku. Na ławce trenerskiej pojawił się Rajko Toromona, pierwszy zagraniczny trener w historii klubu. Nikt wówczas nie przypuszczał, że był to początek istnej trenerskiej karuzeli we Włocławku. Po 12-stu kolejkach, przy bilansie 5:7, Toroman został bowiem oczywiście zwolniony. Jego miejsce zajął dyżurny strażak włocławskiej ekipy, czyli Wojciech Kobielski. Ale i ten nie posiedział na trenerskim stołku zbyt długo, jeszcze w październiku ustępując miejsca Eugeniuszowi Kijewskiemu. Popularny „Kijek” niewiele mógł zdziałać. W efekcie zespół zakończył 1997 rok z niezbyt efektownym bilansem, 17:20. Po raz pierwszy włocławianie przegrali w roku kalendarzowym ponad 50 % spotkań.

1998

Niestety, kolejny rok także nie rozpoczął się za dobrze. Podopieczni Eugeniusza Kijewskiego robili co mogli, ale kontakt z czołówką był już niemożliwy. Dlatego po rozegraniu drugiej fazy rozgrywek, tzw. „Grupy 1-8”, Anwil/Nobiles zajął dopiero siódme miejsce i w play-off miał zmierzyć z dużo lepszą ekipą z Bytmoia. I choć włocławianie walczyli twardo (pierwsze dwa mecze przegrali tylko 87:88 i 86:87), odpadli po trzech spotkaniach. W walce o miejsca 5-8 także zabrakło koncentracji, więc kolejny sezon trzeba było rozpocząć od kolejnej rewolucji. Na stanowisku pierwszego trenera pozostał za to niezmiennie Eugeniusz Kijewski i... efekty jego pracy przerosły chyba wszystkie oczekiwania. Do zakończenia roku kalendarzowego Nobiles/Anwil rozegrał w rozgrywkach ligowych 17 spotkań notując znakomity bilans 13-4. Właściwie tylko włocławianie dotrzymywali kroku ekipie wrocławskiego Śląska, która zadomowiła się na pierwszym miejscu w ligowej tabeli. Ostatecznie 1998 rok koszykarze ze stolicy Kujaw zakończyli z bilansem 28:16, co, biorąc pod uwagę mizerną wiosnę, było wynikiem całkiem do przyjęcia.

1999

Początek 1999 roku znów był dla włocławian niezwykle udany. Ekipa na dobre usadowiła się na drugim miejscu w ligowej tabeli, co było dobrym prognostykiem przed fazą play-off. W pierwszej rundzie podopieczni Eugeniusza Kijewskiego pokonali lokalnego rywala, AZS Elanę Toruń. W kolejnej, bez większych problemów, team z Bytomia. Końcówka kwietnia zapowiadała się więc niezwykle emocjonująco. Zespół z Włocławka po czterech latach znów zagrał w wielkim finale. Niestety, kolejny raz nie udało się zdetronizować wrocławskiego Śląska. Po siedmiomeczowej walce to rywale wygrali 4:3. Końcówka 1999 roku potwierdziła przynależność Anwilu do krajowej czołówki. Zespół Kijewskiego wygrał 12 z 16-stu spotkań i zajmował drugą pozycję w tabeli. Niespodzianką więc było, że jeszcze przed Nowym Rokiem „Kijek” stracił pracę.

2000

Zastąpił go Daniel Jusup. Kolejny zagraniczny szkoleniowiec na ławce Anwilu. I choć początek miał mizerny (porażki z Komfortem i Pekaesem Pruszków), to doprowadził zespół do kolejnego finału. Po wyeliminowaniu drużyn z Rudy Śląskiej i Pruszkowa, włocławianie przegrali walkę o złoto z… jakżeby inaczej, wrocławskim Śląskiem (1:4). Chorwacki szkoleniowiec utrzymał jednak swoje stanowisko i drużyna nadal miała swój rytm. Do końca roku zanotowali serię 12-3, która dawała drugą pozycję w ligowej tabeli.

2001

Konflikty w zespole sprawiły jednak, że Jusup nie dokończył sezonu. Jednak jeszcze przed rozgrywkami play-off na ławce włocławskiej ekipy zastąpił go Wojciech Kobielski. Były zawodnik włocławskiej ekipy utrzymał zespół na drugiej pozycji, po czym, w ćwierćfinale pokonał drużynę ze Słupska. Jakież więc było zdziwienie, gdy w półfinale, na ławce szkoleniowej Anwilu, siedział już Stevan Tot, właśnie zwolniony z drużyny znad Słupi. Tot poprowadził włocławian do kolejnego finału, pokonując po drodze ekipę z Pruszkowa. Jednak w walce o złoto znów bezkonkurencyjny okazał się wrocławski Śląsk, który przegrał z Anwilem zaledwie jedno spotkanie. I była to jedyna porażka drużyny z Dolnego Śląska w całym sezonie. Jugosłowiański szkoleniowiec pozostał we Włocławku na kolejne rozgrywki. Jednak po fatalnym początku, a szczególnie po „domowym” blamażu z Notecią Inowrocław (80:91) tuż przed Święta Bożego Narodzenia, pożegnał się z zespołem.

2002

Jego miejsce po Nowym Roku zajął Chorwat Aleksandar Petrović. Poprawił lokatę zespołu i wywindował Anwil na trzecią pozycję przed najważniejszym etapem sezonu. Niejako z rozpędu wygrał jeszcze ćwierćfinał z ekipą z Pruszkowa, ale później było już znacznie gorzej. W półfinale z Prokomem Treflem, prowadząc w serii 2:1, i mając 16. punktów przewagi, Anwil „oddał” niemal na własne życzenie czwarty mecz we Włocławku. Na wybrzeżu sopocianie wykorzystali nadarzającą się okazję i to oni zameldowali się w finale, a podopieczni Petrovicia przegrali niespodziewanie batalię o brązowe medale z drużyną z Ostrowa Wielkopolskiego. Koniec roku zapowiadał się jednak fenomenalnie. Głównie za sprawą nowego szkoleniowca Anwilu, którym został Andrej Urlep. Niemal etatowy mistrz Polski z wrocławskim Śląskiem. Słoweniec do końca roku wygrał 12 z 13-stu spotkań i koszykarze ze stolicy Kujaw mogli w znakomitych nastrojach świętować Nowy Rok.

2003

A po Nowym Roku nie spuszczali z tonu! Co prawda, w tabeli dali się wyprzedzić ekipie z Sopotu, ale w rozgrywkach play-off nie mieli już sobie równych. W dwóch pierwszych rundach raczej bez problemów (po 3:0) odprawili zespoły ze Słupska i Wrocławia, by w finale pokonać 4:2 faworyzowany Prokom Trefl Sopot. Wieloletnie marzenia włocławskich kibiców wreszcie się spełniły. Ich drużyna zdobyła mistrzostwo Polski. Jak jednak mawiają znawcy tematu, obronić tytuł jest czasami trudniej jak go zdobyć. A takie zadanie stanęło przed niemal całkowicie przemeblowaną drużyną Andreja Urlepa. Jednak w 10-ciu spotkaniach kończących 2003 rok włocławianie 8 razy schodzili z parkietu w glorii zwycięzców, czym udowodnili, że wciąż należą do ligowej czołówki. Przy okazji poprawili też swój rekord jeśli chodzi o procent wygranych w roku kalendarzowym. W 2003 roku zanotowali aż 78 % wygranych!

2004

Wiosna zapowiadała się więc emocjonująco. Jednak kilka niefrasobliwych potknięć zepchnęło włocławian na trzecie miejsce w tabeli. Za Śląskiem i Prokomem Treflem. Z tego też powodu, po wyeliminowaniu krakowskiej Wisły, w półfinale zespół Andreja Urlepa trafił na sopocian. Z wybrzeża mistrzowie Polski przywieźli korzystny remis 1:1. Trzecie spotkanie we Włocławku wygrali. Jednak w kolejnym, dali sobie wydrzeć finał. Prokom „dokończył dzieła” na własnym parkiecie i Anwilowi pozostała walka o brązowe medale. Niestety, już nie pierwszy raz taka rywalizacja okazała się przegrana. Lepsza okazała się tym razem warszawska Polonia. Urlep nie składał jednak broni i skompletował skład, który miał powrócić na mistrzowski tron. Włocławianie rozpoczęli jesień od znakomitej serii 8:0. Jednak dwie nieplanowane porażki z zupełnie przeciętnymi zespołami z Bydgoszczy i Inowrocławia, nieco zepsuły ten wizerunek. Jednak i tak Anwil kończył rok z całkiem przyzwoitym bilansem, 24:10.

2005

Podobnie, jak rozpoczynał kolejny. Kibice znów byli w znakomitych nastrojach. Włocławianie zakończyli rozgrywki regularne na drugim miejscu i przez pierwsze dwie fazy play-off zapewnili sobie przewagę własnego parkietu. W jeszcze lepsze nastroje wprowadziły ich mecze ćwierćfinałowe z odwiecznym rywalem z Wrocławia. Anwil wygrał ze Śląskiem 3:1 nie pozostawiając złudzeń, który z zespołów jest lepszy. W półfinale doszło do rewanżu za ubiegłoroczne mecze o brąz. I tym razem włocławianie dali sobie radę pokonując warszawską Polonię 4:1. W finale czekała ich walka z Prokomem Treflem Sopot. Niestety, i tym razem sopocianie okazali się lepsi wygrywając rywalizację 4:2. Na Kujawach jednak nie rozpaczano. Wicemistrzowski tytuł także był sporym sukcesem. Na stanowisku głównego szkoleniowca pozostawał Andrej Urlep. W stolicy Kujaw liczono więc na kolejne sukcesy. Jednak jesień 2005 roku rozpoczęła się dla włocławian fatalnie. Po czterech meczach Anwil miał na koncie same porażki. Po 13-stu, aż 6. W innych okolicznościach pewnie z zespołem rozstał by się jego szkoleniowiec. Ale w przypadku Urlepa, taka ewentualność nie wchodziła w rachubę. Jak się okaże, całkiem słusznie.

2006

Słoweniec udowodnił, nie po raz pierwszy zresztą, że najważniejsze dla niego są rozgrywki play-off. Po zajęciu drugiego miejsca Anwil dość szybko uporał się zarówno z zespołem ze Zgorzelca (3:0) jak i Świecia (również 3:0). I doszło do kolejnej wojny z sopocianami. Tym razem ekipa z wybrzeża była już wyraźnie lepsza i pokonała włocławian 4:1. Tym samym zakończyła się przygoda słoweńskiego szkoleniowca na ławce Anwilu. Jesienią jego miejsce zajął dotychczasowy asystent, David Dedek. Ale poprowadził włocławski zespół tylko do końca roku. Jego bilans (6:6) był wielce niezadowalający.

2007

Dedka zastąpił inny Słoweniec, Ales Pipan. Pomimo słabego początku poprzednika zdołał awansować z drużyną na czwarte miejsce. To dawało przewagę parkietu, ale tylko w I rundzie play-off. Anwil poradził tam sobie z ekipą ze Słupska, po czym rozegrał jeden z najlepszych i stojących na najwyższym poziomie półfinałów w historii naszej ligi. Po siedmio meczowym horrorze włocławianie ulegli jednak ekipie z Sopotu 3:4, a w spotkaniach o trzecie miejsce, wrocławskiemu Śląskowi. Słoweniec został jednak na Kujawach na kolejny sezon. Przemeblował ekipę i zanotował znakomity bilans, gdy na jesieni 2007 roku włocławianie w jedenastu spotkaniach wygrywali dziewięć razy. W efekcie dało im to aż 69 % zwycięstw w roku kalendarzowym 2007.

2008

Od początku roku zespół Pipana jednak zawodził. Wystarczy powiedzieć, że w pozostałych do rozegrania meczach sezonu zasadniczego zanotowali bilans 5-8 a Anwil zajął dopiero trzecie miejsce przed play-off. Pomimo tego włocławianie byli faworytem w meczach ze świeckim Polpakiem. Jednak przegrana z szóstą ekipą w tabeli była ostatnim akordem teamu ze stolicy Kujaw w sezonie. I ostatnim meczem, w którym na ławce włocławian zasiadał Ales Pipan. Na jesieni szkoleniowcem zespołu został kolejny Słoweniec, Zmago Sagadin. Wystarczyły jednak cztery mecze, aby utytułowany i ceniony w Europie trener pożegnał się z drużyną z Włocławka. Jego miejsce zajął Igor Griszczuk. Legenda włocławskiego basketu. I wyprowadził zespół na prostą, awansując z nim do ligowej czołówki.

2009

Na wiosnę Anwil do ostatniej kolejki walczył o drugą lokatę przed play-off. Ostatecznie Rottweilery zajęły czwarte miejsce, z takim samym bilansem jak drugi i trzeci zespół w tabeli (Turów i Kotwica). W pierwszej rundzie włocławianie pokonali ekipę ze Starogardu Gdańskiego i po raz wtóry o awans do finału musieli walczyć z zespołem z Sopotu. Porażka 2:4 oznaczała że podopieczni Igora Griszczuka o trzecie miejsce musieli zmierzyć się ze słupszczanami. W rywalizacji do dwóch zwycięstw Anwil wygrał 2:1 i po latach posuchy zdobył medale krajowego czempionatu. Oczywiście Igor pozostał na stanowisku pierwszego szkoleniowca. Do zakończenia roku zanotował bilans 12-2 utrzymując włocławski zespół w czołówce.

2010

Wiosna była w wykonaniu Rottweilerów równie skuteczna i ekipa ze stolicy Kujaw po raz pierwszy od czterech lat zameldowała się w Wielkim Finale. Zanim doszło do rywalizacji Anwilu z Asseco Prokomem Gdynia włocławianie pokonali kolejno warszawską Polonię (3:0) oraz ekipę ze Starogardu Gdańskiego (3:1). Przegrany finał (0:4) może dzisiaj nieco zamydlać rzeczywistość. Wówczas jednak Anwil był równorzędnym rywalem dla gdynian przegrywając każdy mecz średnio różnicą zaledwie 4,5 punktu. Oczywiście, taka postawa zespołu, wymogła na klubowych włodarzach pozostawienie Griszczuka na stanowisku pierwszego szkoleniowca. Jednak jesień nie była dla Igora już taka owocna. Po zaledwie 9-ciu spotkaniach i bilansie 5:4 nastąpiła zmiana szkoleniowca. Jeszcze w 2010 roku na trenerskim stołku Anwilu zasiadł Emir Mutapcić.

2011

Bośniacki szkoleniowiec nie potrafił utrzymać drużyny w czołówce. Po sezonie zasadniczym Anwil zajmował dopiero szóstą pozycję. Najgorszą od lat. Nic zatem dziwnego, że w pierwszej rundzie play-off faworytem do awansu był zespół z Sopotu. Team z wybrzeża wygrał tą rywalizację 3:1 a włocławianie zakończyli sezon. Co ciekawe, na stanowisku pierwszego szkoleniowca pozostał Mutapcić. I choć Anwil grał najczęściej w kratkę, utrzymał swoje stanowisko do końca sezonu zasadniczego.

2012

Po regular season włocławianie zajmowali czwartą lokatę. Jednak była jeszcze szansa na jej poprawę przed play-off. Czołówkę czekała bowiem jeszcze rywalizacja w tzw. „górnej szóstce”. I wtedy nastąpiła zmiana na stanowisku szkoleniowca Anwilu. Mutapcicia zastąpił Krzysztof Szablowski, dotychczasowy asystent Bośniaka. Polski szkoleniowiec zdołał nawet awansować na trzecie miejsce w ligowej tabeli, ale na więcej Rottweilerów nie było już stać. Kontuzje oraz mniejsze lub większe urazy uniemożliwiły ekipie ze stolicy Kujaw nawiązanie równorzędnej walki z zespołem ze Zgorzelca i po porażce 1:3 włocławianie zakończyli sezon. Jesień rozpoczęli już pod wodzą nowego szkoleniowca. Został nim Dainius Adomaitis. Były zawodnik m.in. Anwilu i wrocławskiego Śląska. Niestety, po bardzo słabym starcie (1:4) po zaledwie pięciu kolejkach zastąpił go Milija Bogicević. W przeszłości jeden z asystentów Anwilu w sztabie szkoleniowym Alesa Pipana. Bogicević poprawił grę włocławian na tyle, że nawiązali oni kontakt z ligową czołówką. Na koniec roku zajmowali jednak mało satysfakcjonującą, siódmą pozycję. Choć z niewielką stratą do liderów.

2013

W Nowy Rok włocławianie wchodzili z „przytupem”. Świadczyły o tym cztery kolejne wygrane. I choć później bywało różnie, przed najważniejszą fazą rozgrywek „Rottweilery” awansowały na piąte miejsce. W ćwierćfinale ich rywalem był zespół Asseco Prokom Gdynia. Ekipa z wybrzeża miała przewagę własnego parkietu i choćby z tego powodu to „Żółto-Czarni” byli faworytem do awansu. Jednak podopieczni sprawili niespodziankę i po wygraniu serii (3:1) awansowali do czołowej czwórki. W meczach o awans do finału włocławianie przegrali jednak 1:3 z Turowem Zgorzelec i pozostała im walka o brązowe krążki. Niespodziewanie przegrali jednak z siódmym po sezonie zasadniczym, koszalińskim AZS-em. Milija Bogicević pozostał jednak na swoim stanowisku. I do końca roku zanotował bilans 9:3, co pozwoliło włocławianom utrzymać się w ligowej czołówce.

2014

Po Nowym Roku podopiecznym Bogicevića nie szło jednak najlepiej. Co prawda, zanotowali kilka zwycięstw, ale zwykle z zespołami z dolnych rejonów tabeli. Nic zatem dziwnego, że przed play-off plasowali się na czwartym miejscu. Za rywala w pierwszej rundzie mając radomską Rosę. Przewaga parkietu przemawiała za Anwilem jednak niespodziewana porażka 2:3 zakończyła ich sezon. Jesienne zmagania włocławianie rozpoczynali już pod wodzą nowego trenera. Został nim Mariusz Niedbalski. Po 4 meczach z kompletem porażek Niedbalski pożegnał się jednak z Włocławkiem. Na jago miejsce zatrudniono doświadczonego Predraga Krunicia. Ale i ten nie potrafił wprowadzić zespołu na właściwe tory. W efekcie włocławianie zakończyli rok w fatalnych nastrojach. A bilans spotkań, 14:24, jest najgorszym wynikiem klubu od kiedy występuje w najwyższej klasie rozgrywkowej.

2015

Po takim starcie Nowy Rok nie mógł przynieść niczego dobrego. I nie przyniósł. Do zakończenia rozgrywek włocławianie zanotowali jeszcze 12 porażek odnosząc w tym czasie zaledwie 5 zwycięstw. A sezon zakończyli już pod wodzą asystenta Niedbalskiego i Krunicia. Jednak i Marcin Woźniak nie mógł za wiele zdziałać. Jesienią na ławce Anwilu siedział już Igor Milicić. W jego przypadku przysłowie o nowej miotle sprawdziło się doskonale. Igor zakończył rok bardzo dobrym bilansem 10:4, jednak, dzięki poprzednikom, w rocznym podsumowaniu Anwil znów był na minusie. Choć niewielkim (15:16).

2016

Od początku 2016 roku włocławianie w dalszym ciągu znajdowali się w ligowej czołówce, kończąc sezon zasadniczy na wysokim, trzecim miejscu. W play-off Rottweilery okazały się lepsze od Wilków Morskich ze Szczecina (3:1). Jednak w półfinale musiały uznać wyższość radomskiej Rosy (1:3). A w spotkaniach o brązowe medale nieoczekiwanie ulegli ekipie ze Słupska. Igor pozostał jednak na swoim stanowisku i wziął się do pracy nad montowaniem nowego składu. Początkowo nie wszystko szło po myśli szkoleniowca, i kibiców oczywiście, ale jeszcze przed końcem roku Anwil na stałe zawitał do ligowej czołówki.

2017

Wszyscy liczyli na emocjonujący początek roku. Nikt się jednak nie spodziewał, że po serii 16-2 Rottweilery zajmą pierwszą lokatę przed najważniejszą częścią sezonu. Apetyty rosły. Jednak to co się stało później, śmiało można nazwać czarną serią Anwilu. Podopieczni Igora Milicicia przegrali bowiem pierwszą rundę play-off z… nomen omen, Czarnymi Słupsk, 2:3. Ta seria do dzisiaj odbija się czkawką wszystkim włocławskim kibicom. Pewnie swoje zdanie na ten temat ma też sam Milicić. Jednak Chorwat z polskim paszportem nie zamierzał się poddawać. Zbudował ekipę, która w jesienno-zimowych miesiącach zanotowała bilans 12-2 i znów znajduje się na czele ligowej tabeli. Co ważniejsze, Anwil zanotował w minionym roku kalendarzowym bilans 30:7, co dało „Rottweilerom” aż 81 % zwycięstw w minionych 12-stu miesiącach (a dodatkowo - wygrał Superpuchar Polski!). A to oznacza, że takiego wyniku ekipa z Włocławka nie zaliczyła jeszcze w swojej historii. Biorąc pod uwagę fatalny play-off z wiosny, aż trudno uwierzyć w tak dobra serię. Wypada mieć nadzieję, że to nie przypadek i kolejna wiosna, tym razem 2018 roku, będzie po prostu nasza.

 

rok

mecze

   

bilans

% zw.

1992

29

20

 9

+ 11

68,9

1993

51

32

19

+ 13

62,7

1994

34

24

10

+ 14

70,5

1995

34

24

10

+ 14

70,5

1996

47

27

20

 + 7

57,4

1997

37

17

20

  - 3

45,9

1998

44

28

16

+ 12

63,6

1999

43

32

11

+ 21

74,4

2000

41

29

12

+ 17

70,7

2001

43

27

16

+ 11

62,7

2002

44

31

13

+ 18

70,4

2003

41

32

 9

+ 23

78,0

2004

34

24

10

+ 14

70,5

2005

39

24

15

 + 9

61,5

2006

36

24

12

+ 12

66,6

2007

39

27

12

+ 15

69,2

2008

34

17

17

    0

50,0

2009

37

26

11

+ 15

70,2

2010

33

21

12

 + 9

63,6

2011

32

18

14

 + 4

56,2

2012

36

20

16

 + 4

55,5

2013

40

22

18

 + 4

55,0

2014

38

14

24

- 10

36,8

2015

31

15

16

 - 1

48,3

2016

42

27

15

+ 12

64,2

2017

37

30

 7

+ 23

81,0