Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Kacper Młynarski: W Siarce było już za łatwo

Piątek, 26 Sierpnia 2016, 11:05, Michał Fałkowski

- Trochę wracam do punktu wyjścia tylko tyle, że jestem na wyższym szczeblu drabinki. Nie mam z tym jednak żadnego problemu. Ja lubię udowadniać ludziom, że ktoś się np. może mylić co do mojej osoby. Przyznam w Siarce było już za łatwo mówi Kacper Młynarski, niski skrzydłowy Anwilu Włocławek, który w nadchodzącym sezonie będzie chciał pokazać, że umiejętności predysponuje go do gry w czołowym klubie ligi.

- Trochę wracam do punktu wyjścia tylko tyle, że jestem na wyższym szczeblu drabinki. Nie mam z tym jednak żadnego problemu. Ja lubię udowadniać ludziom, że ktoś się np. może mylić co do mojej osoby. Przyznam – w Siarce było już za łatwo – mówi Kacper Młynarski, niski skrzydłowy Anwilu Włocławek, który w nadchodzącym sezonie będzie chciał pokazać, że umiejętności predysponuje go do gry w czołowym klubie ligi.

Michał Fałkowski: Przyjechałeś do Włocławka już na początku sierpnia.

Kacper Młynarski: Tak umówiłem się trenerem Igorem Miliciciem. Miałem przyjechać wcześniej, aby zacząć indywidualne treningi, aby utrzymać dobrą formę fizyczną i choć trochę liznąć taktyki z trenerem Marcinem Woźniakiem.

I jakie miałeś pierwsze myśli po tych treningach?

- No cóż, jest to zupełnie inny system i rytm pracy, z jakim spotykałem się wcześniej. Nacisk na szczegóły jest olbrzymi i nie ma znaczenia, czy chodzi o trening wytrzymałościowy, sprawnościowy czy koszykarski. Także intensywność jest dużo większa i jak ktoś chciał sobie dołożyć mocno jeszcze przed rozpoczęciem okresu przygotowawczego z drużyną, to miał ku temu wszelkie możliwości. Ja chciałem (śmiech).

Po raz pierwszy w seniorskiej koszykówce masz możliwość pracy w czołowym klubie naszego kraju.

- Tak, to prawda, aczkolwiek moja rola w Anwilu będzie na pewno inna od tej, którą miałem przez dwa ostatnie sezony w Siarce Tarnobrzeg. Tam byłem jednym z kluczowych graczy, dużo ode mnie zależało. We Włocławku z pewnością oczekiwania co do mojej osoby są inne. Mam dobrze wpasować się w system i za kilka miesięcy na koniec sezonu nie moja indywidualna gra będzie tak naprawdę istotna, ale gra i wynik całego zespołu. Natomiast chciałbym zaznaczyć, że jako junior zetknąłem się już z poważnym klubem o wysokich aspiracjach. Trafiłem przecież do rezerw Asseco Prokomu Gdynia, aczkolwiek nie wszystko ułożyło się po mojej myśli.

O tym jeszcze porozmawiamy. Najpierw chciałbym wrócić do twoich dwóch lat spędzonych w Tarnobrzegu. O Siarce mówi się, że w tym zespole najważniejszą rolę mają pełnić – i najczęściej pełnią – obcokrajowcy, a Polacy muszą się dostosować od ich gry i tego, że biorą na siebie zdecydowanie większą część rzutów w ataku.

- Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że w Siarce jest mały budżet i nie ma możliwości sprowadzania drogich, utytułowanych zawodników. Dlatego do dwóch-trzech graczy zza oceanu dokładanych jest kilku, najczęściej młodych Polaków, którzy chcą się pokazać, wybić. I w tym schemacie trzeba się umieć odnaleźć i sądzę, że ja sobie poradziłem. Zwłaszcza w drugim sezonie. Rozgrywki 2014/2015 były dla mnie debiutem w ekstraklasie i powiedźmy, że gdzieś tam jeszcze chowałem się za plecami kolegów z drużyny. W ostatnim sezonie grałem już jednak jako pierwszoplanowy zawodnik, brałem swoje rzuty, miałem ważną pozycję i w kilku meczach zagrałem nawet jako kapitan.

Ogółem zatem dobrze będziesz wspominał dwa lata w Tarnobrzegu?

- Tak. Przed pierwszym rokiem w Siarce zaryzykowałem, bo miałem kilka interesujących ofert. Z 1. ligi, także z TBL, ale uznałem, że idę do Tarnobrzegu, bo chcę grać i nabierać doświadczenia. Trochę plany pokrzyżowała mi wówczas kontuzja, ale ogółem – nie żałuję. Ograłem się, otrzaskałem i mam nadzieję, że obecnie jestem gotowy na dużo lepszy klub. Taki też był mój plan. Najpierw rok w Siarce, potem drugi, ale już pod koniec sezonu 2015/2016 zdecydowałem, że muszę zmienić otoczenie i grać o wyższe cele.

Poszedłeś drogą Przemka Karnowskiego i Jakuba Dłoniaka.

- Ich przykłady pokazywały mi, że poprzez występy w Siarce można pójść gdzieś wyżej. Oczywiście, ja wiedziałem, że w przeciwieństwie do Kuby, który był królem strzelców ligi grając w Tarnobrzegu, nie mam takich predyspozycji. Ale liczyłem, że swoje wywalczę i tak też się stało.

Ogółem zatem dwa pozytywne lata, ale… jednocześnie były momenty i bardzo frustrujące.

- Oczywiście, najbardziej frustrująca była kontuzja w pierwszym sezonie. Zupełnie przypadkowe wydarzenie, które wyeliminowało mnie na trzy miesiące. Potem wróciłem, zagrałem kilka meczów na własne żądanie, lekarz nie chciał wyrazić na to zgody… Ogółem trudny czas. No a kolejny element, który frustrował to oczywiście serie porażek.

14 z rzędu czy 17 w 18 meczach, tak jak w ostatnim sezonie…

- Wbrew pozorom nie jest w takich momentach ciężko o motywację, bo każdy kolejny mecz to dla ciebie moment, w którym chcesz przerwać tę serię. Poza tym, pamiętam, że w trakcie tych 14 kolejnych porażek nie przegrywaliśmy wysoko, np. różnicą 30 punktów. Cztery w Ostrowie Wielkopolskim, dwa z Asseco u siebie, dwa z Polpharmą na wyjeździe, wcześniej jeszcze porażka w samej końcówce w Toruniu. Poza sporadycznymi sytuacjami nie było tak, że rywal przyjeżdżał i „przejeżdżał się” po nas. Raczej masz świadomość, że grałeś równo, a brakowało niewiele. Dzięki temu starasz się znaleźć motywację do dalszej pracy, trzymasz atmosferę w zespole i próbujesz się wygrzebać z tego dołu.

Serię przerwaliście z Treflem, potem przyszły trzy porażki i wreszcie pamiętny mecz z Anwilem Włocławek…

- Śmieszna sytuacja, bo mieliśmy taką serię niedziela – środa – sobota i kończyliśmy ją właśnie z Anwilem. Graliśmy wówczas tylko w siedem osób i – co tu dużo mówić – byliśmy wykończeni. Szybko jednak się okazało, że włocławianie nie mają dobrego dnia, a nam udało się utrzymać wynik na remisie przez dwie kwarty. Pomimo zmęczenia pchaliśmy więc piłkę do przodu, rzucaliśmy z każdej otwartej czy półotwartej pozycji, a że wpadało, to nakręcaliśmy się jeszcze mocniej. W końcówce mieliśmy jeszcze trochę szczęścia, bo Chylu (Michał Chyliński – przyp. M.F.) nie trafił dwóch wolnych, ostatni rzut spudłował Łączka (Kamil Łączyński) i wygraliśmy.

W Siarce grałeś dużo. Średnio 32 minuty w meczu. Radziłeś sobie całkiem nieźle, ale czy na tę kwestię nie miał czasem wpływu fakt, że o konkurencję na twojej pozycji w zespole po prostu było trudno…

- Oczywiście, nie uciekam od tego, bo np. pamiętam moment w sezonie, kilka tygodni, kiedy wpadłem w tak duży dołek, że w każdym innym zespole usiadłbym na samym końcu ławki. I mogę przyznać to głośno. Aťaden to wstyd, bo nie ma koszykarza, może poza NBA, który umiałby utrzymać topową formę przez cały sezon. Natomiast w Siarce nie miał kto za mnie grać, choć ja przez pięć-sześć meczów pudłowałem na potęgę. Oczywiście, starałem się w to miejsce jakoś zrekompensować te braki: lepszą zbiórką, częściej dzieliłem się piłką, ale wiadomo jak to jest – jak grasz trzy kwarty to prędzej czy później będziesz miał pozycje, więc i tak sporo rzucałem. Ale może właśnie też dzięki tym minutom i rzutom moja słaba forma trwała tylko kilka meczów, a nie dłużej?

Siarka nie miała być twoim pierwszym klubem ekstraklasowym w karierze. W 2013 roku podpisałeś umowę z Polpharmą Starogard Gdański, ale zwolniono cię jeszcze przed sezonem.

- Gdy podpisywałem umowę, miałem być niskim skrzydłowym, a jako czwórkę klub zatrudnił Nathana Healy’ego. Problem w tym, że Amerykanin „skurczył się” i do Polski przyjechał niespełna dwumetrowy koszykarz, który… naturalnie jest niskim skrzydłowym. Klub stanął więc w obliczu posiadania jednej, nadprogramowej trójki. Padło na mnie, ale… ogółem miałem chyba trochę szczęścia. Polpharma borykała się z wieloma problemami w tamtym sezonie: porażki, roszady zawodników, trenerów, słaba atmosfera. A ja tymczasem wróciłem do 1. ligi do Sokoła Łańcut, gdzie występowałem już wcześniej, w sezonie 2012/2013.

Możemy powiedzieć, że ekstraklasa po raz pierwszy zauważyła cię w 2009 roku? Wówczas trafiłeś do rezerw Asseco Prokomu Gdynia. Miałeś 17 lat i byłeś jednym z najlepszych juniorów w Polsce.

- Tak możemy powiedzieć. Co prawda pierwszy mój występ w ekstraklasie nastąpił dopiero w 2014 roku, gdy miałem już 22 lata, to jednak pierwszy kontakt miałem właśnie w Gdyni.

Pytam o Gdynię, bo był taki czas, właśnie mniej więcej sześć-siedem lat temu, w którym ten ośrodek skupiał zdolną młodzież, która (jak się okazało po latach) grała potem czy to w ekstraklasie w barwach Startu, czy nawet kolejno w barwach odchudzonego Asseco Gdynia. Trzeba by wymienić Sebastiana Kowalczyka, Macieja Kucharka czy Romana Szymańskiego. Ciebie w tym gronie zabrakło.

- Rzeczywiście, po rezerwach Asseco przeszedłem co prawda do Startu, ale graliśmy wówczas w 1. lidze. Gdy wygraliśmy mistrzostwo, uznałem, że potrzebuję jeszcze czasu na zapleczu ekstraklasy i wybrałem grę w Sokole Łańcut. Miało to związek też z kontuzją, której doznałem, a która wyhamowała moją karierę na pewien czas. Szanuję trenera Davida Dedka i chciałem współpracować z nim dalej w Starcie, ale życie koszykarza to kwestia wyboru. Wybrałem Łańcut.

W kadrze do lat 16. byłeś kluczową postacią, pojechałeś na Mistrzostwa Europy do Włoch tego rocznika. Grałeś już w Resovii w 1. lidze, za moment zainteresował się tobą mistrz Polski z Gdyni, który wziął cię do swoich rezerw. Można było przypuszczać, że w tamtym okresie, w latach 2008-2011, za chwilę zadebiutujesz w ekstraklasie, w tymczasem coś zaciągnęło hamulec…

- Pytasz pewnie o to, czy się nie zachłysnąłem zainteresowaniem ze strony klubów, szybkim awansem i czy po prostu nie uderzyła mi sodówka (śmiech)? Rzeczywiście, przez chwilę mogłem poczuć się wyjątkowo. W kadrze byłem jednym z liderów. Taki Michał Sokołowski, który później mocno się wybił, na wspomniane U-16 w ogóle nie załapał się do składu. Ja tymczasem zagrałem we Włoszech, do tego miałem oferty czy to z Asseco, także z Anwilu… Wybrałem Asseco i nagle, jako 17-latek otrzymałem mieszkanie, jedzenie i stosunkowo duże pieniądze jak na niepełnoletnią osobę. I jak na to patrzę dzisiaj, to rzeczywiście, tego wszystkie było po prostu za dużo.

Pierwszą pensję wydałem na…

- Play Station (śmiech). Jeśli mówimy o pierwszej pensji w Gdyni, bo w Rzeszowie też już zarabiałem, choć to były grosze w porównaniu z Asseco. Do tego Gdynia, świetne miasto do życia, morze, knajpy, nie umiałem chyba tego odpowiednio skontrolować. Nagle z Rzeszowa zmieniłem otoczenie na odmienne o 180 stopni. I nie umiałem też tego docenić. Nie umiałem docenić tego, że w klubie jest fizjoterapeuta, który może się mną zająć, że zawsze jest jakiś trener, który ze mną porzuca do kosza. To był wówczas ewenement na skalę kraju, bo przecież mówimy o koszykówce juniorskiej.

Czy grając w Sokole Łańcut, a potem w Siarce, odzyskałeś tamten czas?

- Nie chcę gdybać. Myślę sobie po prostu, że ta moja ścieżka z 1. ligi do ekstraklasy mogłaby być krótsza i mógłbym debiutować szybciej. Ale równie dobrze, może gdybym nie odebrał lekcji jako nastolatek, dzisiaj nadal grałbym w 1. lidze? Nigdy nie wiadomo, aczkolwiek cieszę się, że w porę zacząłem wyciągać wnioski.

Był jakiś moment, w którym zdałeś sobie sprawę, że twoja kariera przestała się układać tak, jakbyś sobie tego życzył?

- Konkretnego momentu nie podam, ale wydaje mi się, że mądrość każdego człowieka przychodzi z wiekiem. Mając 22 lata jesteś mądrzejszy, niż gdy masz 16, to oczywiste. Natomiast chyba na dobre obudziłem się w Sokole Łańcut w pierwszym sezonie. Od tego momentu nastawiłem się na konkretną pracę i dwa lata później zadebiutowałem w ekstraklasie. A po dwóch kolejnych jestem w jednym z najsilniejszych klubów w Polsce, czyli w Anwilu.

To jeszcze jeden epizod z tamtego okresu twojej kariery. Podobno nie pojechałeś na camp NBA, to prawda?

- Prawda (śmiech). Miałem wówczas chyba 15 lat, na pewno grałem już w U-16 i wydawało się, że jestem najbardziej perspektywicznym graczem w Polsce w swoim roczniku. I pewnego dnia przyszło takie zaproszenie na camp NBA dla Europejczyków „Without Borders” („Bez granic” – przyp. M.F.). Oprócz mnie, otrzymał je także Michał Kwiatkowski, który dzisiaj gra w Inowrocławiu. Cóż, nie pojechałem tam, bo… otrzymałem wyraźnie polecenie w szkole. Albo zostaję i zdaję, albo mam problem. Byłem w trzeciej klasie, kończyłem gimnazjum, nie miałem więc wielkiego wyboru.

Płakałeś w poduszkę?

- A jak myślisz? Masz 15-16 lat i pyta o ciebie, nawet jeśli nie bezpośrednio, NBA. Nie płakałbyś?

Wyłbym wręcz…

- No właśnie. Gdyby nie wcześniejsze zaległości w szkole, mógłbym pojechać…

Przejdźmy do Anwilu. Przez dwa lata w Siarce udowadniałeś, że możesz skutecznie wykorzystywać minuty na parkiecie. Teraz będziesz musiał udowodnić swoją przydatność gry w systemie…

- Trochę wracam do punktu wyjścia tylko tyle, że jestem na wyższym szczeblu drabinki. Nie mam z tym jednak żadnego problemu. Ja lubię udowadniać ludziom, że ktoś się np. może mylić co do mojej osoby. Przyznam – w Siarce było już za łatwo. Mam na myśli to, o czym już rozmawialiśmy: nie miałem formy, a wiedziałem, że i tak będę grał.

Jak usłyszałeś Anwil, nie wahałeś się długo?

- Miałem drugą ofertę z ekstraklasy, ale wybór był prosty. Trzy telefony od trenera Igora Milicicia załatwiły sprawę i to nawet wobec faktu, że z tego drugiego klubu dzwonili do mnie kilka razy dziennie przez kilkanaście dni z rzędu. Jednak mam wrażenie, że nie czułbym się komfortowo w tamtym miejscu. Tymczasem trener Milicić powiedział, że widzi mnie na trójce – a ja sam preferuję grę jako niski, a nie wysoki skrzydłowy – a następnie wymienił rzeczy, których będzie ode mnie wymagał. Uważam, że sprostam im na parkiecie.

O co konkretnie chodziło?

- Parkiet pokaże (śmiech). Poza tym jeszcze jedna ważna rzecz: Anwil kusi samą marką. Gdybym się nie zdecydował to kto wie, czy kiedykolwiek jeszcze bym otrzymał propozycję z Włocławka.

A jaki wpływ na twoją decyzję miało to, że twoja dziewczyna Kasia będzie od nowego sezonu zawodniczką siatkarskiego klubu z Włocławka?

- To dość zabawna historia, bo razem z Kasią usiedliśmy po sezonie i popatrzyliśmy sobie na mapę czy są w ekstraklasie i 1. lidze miasta, w których istnieją drużyny koszykarskiej oraz siatkarskie. Tak dla zabawy. I jednym z nielicznych miast, które spełniało tą wytyczną był Włocławek. Pożartowaliśmy wtedy trochę, że fajnie by było trafić na Kujawy, ale temat zamknęliśmy. Wiadomo, że moje granie w ekstraklasie ma wyższy status i jeśli miałbym tylko jedną ofertę z miasta, gdzie siatkówki nie ma, to i tak bym podjął decyzję o przenosinach a Kasia pojechałaby ze mną. Niemniej jednak, pewnie domyślasz się jak bardzo się uśmiechnęliśmy, gdy dostałem telefon od trenera Milicicia.

Domyślam się. Odpowiada ci rola zmiennika?

- Nie koncentruję się na tym. Różnie to bywa w sezonie. Czasem jest tak, że dostajesz swoje pięć minut, wykorzystujesz szansę i grasz więcej.

A casus Krzysztofa Krajniewskiego, który nie poradził sobie we Włocławku, nie odstraszał cię? Wiem, że się znacie, więc na pewno rozmawialiście przed sezonem.

- Niespecjalnie. Każdy przypadek jest inny, a do tego każdy z nas ma zupełnie inne charaktery i inne podejście do gry. Poza tym, Krzysiek trafił do Włocławka w trudnym momencie. Do zespołu brał go trener Niedbalski, następnie był inny szkoleniowiec, sporo zawirowań… Nie ma sensu do tego wracać. Krzysiek ma swoją historię, a ja swoją. Dwa inne przypadki.

W podobnej roli był rok temu Bartosz Diduszko. Przychodził ze słabego klubu, miał być głównie zmiennikiem, ale w wyniku splotu okoliczności i swojej dobrej gry, został starterem.

- Ja mam nadzieję, że nie będę musiał zastępować nikogo z powodu kontuzji. Zamierzam po prostu walczyć o swoje, ale fakt, nasze drogi są zbieżne. Trzeba jednak pamiętać, że jesteśmy innymi zawodnikami dlatego może nie do końca chciałbym, aby kibice porównywali mnie do Bartka.

Bartek, mówiąc potocznie, ma fioła na punkcie zdrowego jedzenia, a tymczasem Kacper Młynarski ma inne hobby…

- Tak?

Mam na myśli tatuaże.

- A, no tak, oczywiście! Pierwszy tatuaż zrobiłem w wieku 17 lat i od razu poczułem, że to mnie wciąga. Mam obecnie pięć tatuaży w tym jeden zakrywający całą klatkę piersiową. Tworzył się przez cztery sesje, każda po cztery-pięć godzin, ogółem 22 godziny. Autorem jest doskonale znany kibicom Daniel Wall (śmiech).

W trakcie sezonu we Włocławku pojawi się nowy tatuaż na twoim ciele?

- Nie tatuuję się w trakcie sezonu. To niemożliwe technicznie. Musiałbym przestać trenować, a tego oczywiście nie zrobię.

Modne są tatuaże z herbem klubu…

- Haha, nie no na ten kierunek jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie (śmiech)!