Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Jakub Wojciechowski: Czuję się tylko Polakiem

Sobota, 24 Marca 2018, 22:18, Michał Fałkowski

- Czuję się tylko Polakiem, nie potrzebuję drugiego obywatelstwa - mówi Jakub Wojciechowski w długim wywiadzie, w którym opowiada m.in. o kilkunastu latach spędzonych we Włoszech. Zapraszamy!

Michał Fałkowski: Czy ty się czujesz, w obecnej sytuacji, jak obcokrajowiec?

Jakub Wojciechowski: Dobre pytanie, ale… chyba nie. Mimo, że ponad dziesięć lat mieszkałem we Włoszech, to jednak nie mogę o sobie powiedzieć, że jestem Włochem, czy czuję się Włochem. Nie, jestem Polakiem. Choć mówię płynnie po włosku, to jednak po polsku lepiej wyrażam swoje myśli i emocje i jednak Polska jest tym domem czy miejscem, które noszę w sercu przede wszystkim.

Czy zatem Włochy można nazwać drugim domem w twoim przypadku?

- Mimo wszystko – nie. Na pewno wczesny wyjazd do tego kraju i spędzenie tam ponad dziesięciu lat – i to w momencie dorastania, kształtowania charakteru i osobowości – spowodowały, że czasem zachowuję się jak Włoch, ale nie robiłbym z tego wielkiej sprawy. Do 15 czy 16 roku życia mieszkałem jednak w Polsce, rodzice zadbali o moje wychowanie. Zresztą, ja zawsze uważałem, że nie miejsce wychowuje, a osoby, którymi jesteś otoczony. Ja miałem to szczęście, że moi rodzice dbali o mnie, czy o moją siostrę i dali nam dobre wzorce. A gdy wyjechałem do Włoch to… także miałem szczęście być otoczony mądrymi ludźmi, którzy uczyli mnie – na etapie dojrzewania – przysłowiowo „co wolno, a czego nie”.

Trochę masz jednak stereotyp osoby zakochanej we Włoszech, pół-Włocha, pół-Polaka. Wychodzi jednak na to, że tego typu opinie są nie do końca prawdziwe.

- Po prostu nieprawdziwe, błędne. Często tu i ówdzie czytam lub słyszę, że mam włoskie obywatelstwo. Oczywiście to nieprawda. Czuję się tylko Polakiem, nie potrzebuję drugiego obywatelstwa. Gdy w listopadzie opuszczałem zgrupowanie kadry, to od razu odliczałem dni do kolejnego zgrupowania w lutym. Nie czuję, żebym zachowywał się jak Włoch czy mógł o sobie mówić w kontekście jakichś stereotypów tego kraju. Za to, gdy przyjechałem do Polski i zobaczyłem, że podczas posiłku przy okazji ostatniego meczu wyjazdowego mamy podane surówki to aż się uśmiechnąłem. Buzia się sama śmiała, że nie makaron.

Skąd więc taka sytuacja, że gdy w przeszłości otrzymywałeś oferty z polskich klubów, nie tylko z Anwilu Włocławek, to każdorazowo wybierałeś włoskie drużyny. I to nie tylko ze ekstraklasy, ale i niższych lig: pierwszej, drugiej… Wyglądało to trochę tak, jakbyś jednak za wszelką cenę nie chciał ruszyć poza Włochy.

- Może i tak to mogło wyglądać, ale moje decyzje co do przyszłych pracodawców zawsze miały konkretne, sportowe uzasadnienie. Nie patrzyłem na otoczkę, ale na konkretny sportowy cel. Szedłem za radami agenta, najpierw amerykańskiego, potem włoskiego. Będąc wychowanym przez włoski klub, w lidze włoskiej mogłem być traktowany jako Włoch, co zdecydowanie ułatwiało sprawę, bo włoskie kluby miały mnie gdzieś tam w swojej orbicie zainteresowań. Nie znikałem z radarów, wręcz przeciwnie. Stąd, rzeczywiście zakotwiczyłem we Włoszech na długie lata, ale nie przeszkadzało mi to, bo liga włoska zawsze miała dobrą renomę.

Ekstraklasa – owszem, ale ty grałeś także w niższych ligach. Na przykład PMS Torino…

- To była rzeczywiście druga liga, czyli de facto trzecia klasa rozgrywkowa, ale spodobał mi się po prostu projekt klubu. Mieliśmy zdominować tę drugą ligę, uzyskać awans i w kolejnym sezonie walczyć o wejście do ekstraklasy. I rzeczywiście, to wszystko udało się zrealizować. Tutaj chodziło więc tylko i wyłącznie o realizację sportowych celów.

To był rok 2012, gdy podpisywałeś kontrakt z Torino. Tymczasem tamtego lata miałeś też ofertę z Włocławka.

- Przyznaję – nie wiem. Bardzo możliwe, że mój agent filtrował propozycje i nie mówił mi o wszystkich. O zainteresowaniu ze strony Anwilu dowiadywałem się rok rocznie, ale od momentu, gdy pojawił się tutaj trener Igor Milicić. I tak jak powiedziałem wcześniej: o moich wyborach zawsze decydowały kwestie stricte sportowe, nic innego. Otrzymywałem sygnały z Polski, czy to w kontekście wypożyczenia czy kontraktów, ale każdorazowo uznawałem, że oferta z tego czy innego klubu włoskiego może dać mi więcej.

Przyznaję jednak, że ja nie wiedziałem nic o koszykówce, kiedy przychodziło mi podejmować pierwsze tego typu decyzje. Moja kariera zaczęła się dość spontanicznie, bardzo szybko się rozwinęła, a mnie brakowało doświadczenia sportowego oraz, a może przede wszystkim, sportowo-biznesowego. W większości przypadków, tak jak powiedziałem wcześniej, szedłem za radami agentów i… czy dziś zrobiłbym te same ruchy? Nie wiem. Może tak, może nie.

A wyjazd do Włoch był twoją decyzją?

- Nie do końca. Wyobraź sobie: jesteś właściwie dzieckiem, masz 15 lat, grasz w koszykówkę, ale to nie jest jeszcze zawodowstwo. Dla ciebie liczy się tylko piłka i kosz. I nic więcej. Przychodzisz na salę, widzisz, że obręcz ma siatkę i już masz zapał do gry! Kiedy więc przyszła oferta z Włoch, ja nie do końca wiedziałem co to są te Włochy. Oczywiście nie w kontekście geografii, bo nie jestem nieukiem, ale w kontekście realiów koszykarskich. Uznałem, że skoro gram w koszykówkę w Łodzi, to równie dobrze mogę grać w Treviso. Dopiero po jakimś czasie wszystko zwaliło mi się na głowę: inna kultura, język, do tego renomowany klub, mnóstwo obcokrajowców, najbardziej perspektywiczni gracze w swoich rocznikach, presja…

Benetton słynął z największego campu w Europie. Najlepsi młodzi zawodnicy, najlepsi trenerzy, mnóstwo agentów… Brałeś w tym udział.

- Tak, regularnie nawet jak już byłem graczem Benettonu. W pierwszym okresie zbierałem doświadczenie, a później, cóż, walczyłem o swoje miejsce w europejskiej koszykówce. Chciałem zobaczyć gdzie jestem, jak prezentuję się na tle najlepszych zawodników w moim roczniku czy rocznikach zbliżonych. Dodatkowo, podczas takich campów miałem okazję spotkać się czy porozmawiać z legendami koszykówki: Larrym Birdem albo Mike’iem D’Antonim. Już samo spotkanie z takimi postaciami odbija piętno na twojej wyobraźni i daje ci kopa do dalszej pracy. Pamiętam do dziś jak Steve Nash opowiadał o zdrowym odżywaniu. Pamiętam klinikę i wykład Ettore Messiny, który przyjechał do Treviso jako trener CSKA Moskwa.

Dzięki obecności na tych campach, łatwiej było później podpisywać kontrakty? Czy może – paradoksalnie – trudniej, ze względu na wysokie oczekiwania?

- Każdy medal ma dwie strony, ja jednak uznaję, że dzięki tamtej grze, treningom czy kontaktom było mi później łatwiej.

Gdybasz sobie czasem? W tamtym okresie w Treviso był m.in. Donatas Motiejunas. Rotowaliście się, zmienialiście na parkiecie, tymczasem on osiągnął maksymalny top, zagrał w NBA.

- Akurat dla mnie maksymalnym topem jest grać w Eurolidze. Gdyby przyszło mi kiedykolwiek wybierać między NBA a mocnym klubem z czołówki Europy, wybrałbym tę drugą opcję. Ja jestem trochę z tej „starej szkoły”, a otoczka NBA, komercjalizm, social media, czy po prostu wielka machina do zarabiania pieniędzy, to nie do końca mi się podoba. Aczkolwiek Donatas oczywiście wybił się gdzieś tam ponad przeciętność i należy mu tylko pogratulować. Rzeczywiście, w Treviso dzieliliśmy się minutami.

Grałeś w dziesięciu klubach we Włoszech. W którym czułeś się najlepiej?

- W Treviso. Tak jak powiedziałem ci wcześniej, nie chodzi jednak o miejsce, ale o ludzi. A ci w Treviso byli fantastyczni, np. trenerzy. Nie dość, że jako fachowcy, to jeszcze jako ludzie, którzy chcieli pomagać młodym graczom. Przed trenerem zawsze jest jeszcze to, jaką jesteś osobą i akurat w Treviso zebrałam się grupa osób pod tym względem wybitnych. Czuć było taką aurę wyjątkowości. Także ludzie przede wszystkim, a potem cała reszta, czyli np. ładne miasto, klimat koszykówki, bo to sport numer jeden, coś jak Włocławek, a także grupa bardzo mocnych seniorów, z których można było czerpać wzorce.

Kto był takim twoim mentorem?

- Marcus Goree jako pierwszy wziął mnie pod swoje skrzydła. Mistrz kilku lig, ogromne doświadczenie europejskie, ale przede wszystkim – świetny człowiek. I to było dla mnie najważniejsze. Tak jak ci powiedziałem wcześniej, dla mnie liczyło się odbijanie piłki, miałem ten młodzieńczy zapał. Gdy przychodziłem na trening i widziałem, że Andrea już się rozgrzał i ćwiczy wolne, to myślałem: spoko, zaraz do niego dołączę. A fakt, że to był Andrea Bargnani, numer 1 draftu, nie miał dla mnie znaczenia. Choć akurat z nim tylko się mignąłem, bo gdy przyszedłem, on za moment odszedł do Toronto Raptors.

Przed obecnym sezonem podpisałeś umowę z Betalandem Capo d’Orlando. Europejskie puchary miały znaczenie?

- Oferta była w porządku, klub wykazywał ambicje, miał swoje cele. W pucharach już wcześniej grałem, w Cantu, więc to był element istotny, ale bez przesady. Zresztą, ostatecznie właśnie te puchary nas zniszczyły.

Dlaczego?

- Żeby klub mógł grać w Europie musi być do tego przygotowany pod każdym względem. Tymczasem w Betalandzie chcieli grać w europejskich pucharach, ale to ich przerosło. Bywa bowiem tak, że masz dwa ligowe mecze z rzędu na wyjeździe. A pomiędzy nimi długi lot na drugi koniec Europy. To wszystko musi być tak poukładane, żeby nie było zbyt długich przestojów np. na lotnisku, ale jednocześnie podróżowanie musi być komfortowe. Uwierz mi, dla kogoś kto ma ponad dwa metry wzrostu nie ma nic gorszego niż kilkugodzinna jazda autokarem, potem kilkugodzinny lot małym samolotem i znowu jazda autokarem. To taki szczegół, bo oczywiście najważniejszą rzeczą jest skład: nie można grać w siedmiu-ośmiu, bo to się odbije na zdrowiu graczy, a w konsekwencji na wynikach.

Opowiesz o podróży do Saratowa?

- Dowiedzieliśmy się, że gramy z Saratowem jakoś tydzień przed meczem. Oni mieli bowiem do przejścia eliminacje. No więc co? Szybkie bukowanie biletów sprawiło, że nie mogliśmy odbyć komfortowej podróży, trzeba było lecieć z przesiadkami. I teraz wyobraź sobie: podróż z Capo d’Orlando busem do Katanii – dwie i pół godziny. Lot do Rzymu – półtorej godziny. W stolicy cztery godziny czekania na kolejny lot i sam lot – do Moskwy – także cztery godziny. I na koniec, kilka godzin podróży do Saratowa, już nie pamiętam ile, ale wiem, że byliśmy jakoś w nocy przed meczem. I potem trzeba wyjść na parkiet, chcesz dać z siebie wszystko, a tymczasem… twoje ciało odmawia posłuszeństwa.

Czy zatem podpisanie kontraktu z Betalandem było błędem?

- Nie chcę tak mówić, bo sezon się nie skończył. Jestem teraz w Anwilu Włocławek i jeśli zakończymy sezon sukcesem, to wówczas okaże się, że decyzja o Betalandzie nie była zła. Bo gdyby nie było Capo d’Orlando, nie byłoby Anwilu…

Zadebiutowałeś już w barwach Rottweilerów. O tym już rozmawiać nie będziemy, udzieliłeś kilku wywiadów. Ja zdradzę sytuację z autokaru, bowiem gdy usiadłeś na swoim siedzeniu powiedziałeś do siebie: „Ale fajnie znowu wygrać”.

- Taka jest prawda. W Capo nie wygrywaliśmy nic od grudnia… Ja miałem to szczęście, że jeszcze w lutym przyjechałem na kadrę i pokonaliśmy Kosowo, więc jakiś miły przerywnik był. Ale jeśli chodzi o ligę, to pierwszą wygraną była właśnie ta ostatnia z Anwilem. I wiem, że wszyscy oceniają mnie pozytywnie po tym występie, ale ja mam inne odczucie. Były mankamenty, momentami nie wiedziałem gdzie mam się ustawić na parkiecie. To takie detale, których kibice nie zobaczą. Można powiedzieć tak: bardzo starałem się nie utrudniać gry moim kolegom (śmiech). Automatyzm przyjdzie z czasem.

Masz wiele tatuaży. Jednym z nich jest kula ziemska z wyróżnionym czerwonym kolorem obrysem dwóch krajów: Polski i Włoch.

- Połowę życia spędziłem w Polsce, połowę we Włoszech. To dla mnie dwa najważniejsze miejsca w życiu, choć jak zwracałem uwagę na początku rozmowy: czuję się tylko Polakiem. Niemniej, oba kraje wykreowały mnie, ukształtowały do postaci, jaką jestem dziś. A co do tatuaży: lubię je, tatuuję się od 19 roku życia i choć tatuaże widać, nie robię ich po to, by ktoś miał je oglądać, ale robię je dla siebie. Są dla mnie ważne, przedstawiają ważne momenty, wydarzenia.

Ważnym momentem dla ciebie były ostatnie powołania do kadry Polski? Długie lata byłeś poza reprezentacją, ale ostatnio stałeś się ważnym punktem drużyny narodowej.

- Moja mama Alicja grała zawodowo w siatkówkę, reprezentowała kraj, była nawet kapitanem kadry juniorów. Robiąc jakieś porządki w domu dawno temu, zauważyłem karton, który strąciłem z szafki. Wysypały się z niego medale, mnóstwo krążków, do tego jakieś puchary, pucharki, statuetki… To był dzień, w którym mama opowiedziała mi o swojej karierze, kadrze, o tym jak otarła się o igrzyska… Pamiętam, że ja wtedy też uznałem, że też chcę grać w kadrze. I powoli te marzenia spełniałem: kadry juniorskie, Mistrzostwa Europy juniorskie, potem kadra seniorów, kwalifikacjie do Eurobasketu, teraz kwalifikacje do Mistrzostw Świata.

Mama musi być dumna…

- Myślę, że jest. Taka historyjka. Gdy byliśmy z kadrą ostatnio we Włocławku, ja jeszcze jako gracz Capo, to był pierwszy raz w mojej karierze, gdy moja mama mogła zobaczyć mnie na żywo podczas meczu reprezentacji. Przyjechała też siostra ze swoimi dziećmi i pamiętam jak mama naciskała, aby moje siostrzenice koniecznie były w hali, na trybunach, w momencie śpiewania hymnu. To zawsze był najważniejszy moment meczu dla mojej mamy. I dziś dla mnie też jest. Móc stanąć z moimi kolegami z kadry, złapać się za ramiona i razem z fanami odsłuchać czy zaśpiewać Mazurka Dąbrowskiego.

Mama siatkarka, tata grał w piłkę nożną… Byłeś skazany na sport?

- O mamie opowiedziałem, tata grał w Lechu Poznań. Nie byłem jednak do niczego przymuszany. Ja po prostu byłem takim dzieckiem, które trzeba było po pięć razy wołać z balkonu by przyszło do domu na obiad, czy po prostu było już bardzo ciemno. Presji więc nigdy nie było, sam wybrałem, że chcę grać najpierw w piłkę nożną, a po jakimś czasie koszykówkę.

Wzrost na pewno pomagał.

- Tak, ale ja uważam, że moją największą zaletą nie jest wzrost, a mobilność. Wszyscy mówią, że ja jestem mobilny i wysoki, a ja widzę na odwrót: jestem niskim zawodnikiem, który urósł (śmiech), bo mam wszystko, co mają gracze obwodowi: rzut, szybkość, mobilność…

Dzisiaj debiut w barwach Anwilu w Hali Mistrzów (wywiad przeprowadzony przed meczem z GTK Gliwice - przyp. M.F.). Nie mogłeś się trochę doczekać? Dużo pytałeś mnie o fanów Rottweilerów, gdy już było wiadomo, że trafisz do Włocławka.

- Będąc we Włoszech, zawsze myślałem o tym, że byłoby super kiedyś grać w Polsce dla klubu, w którym kibic rzeczywiście jest szóstym zawodnikiem. I wiem, że fani we Włocławku są niesamowici. Miałem okazję doświadczyć tego już w meczu w Ostrowie Wielkopolskim, gdy grupa 50 naszych kibiców była momentami głośniejsza niż fani Stali. Teraz ciągle słyszę, że w Hali Mistrzów regularnie bywa ponad trzy tysiące gardeł, więc… nie mogę się już doczekać tego meczu! I choć oczywiście będę chciał pokazać się z jak najlepszej strony, to najważniejszy jest cel: zwycięstwo drużyny.

Gdy przyjechałeś do Włocławka, powiedziałeś, że masz konkretne marzenie: mistrzostwo. A poza wywiadem powiedziałeś, że to nie było w twoim stylu.

- Bo nie chciałem zabrzmieć buńczucznie, a trochę mogłem zostać tak odebrany. Przyszedłem do Anwilu pracować, walczyć, trenować i wpasować się w system, który dobrze funkcjonuje. Choć oczywiście mam swoje marzenia i wiem, że są zbieżne z marzeniami kibiców, sponsorów, klubu i miasto. Dobrze by było je więc zrealizować.

I jak już je zrealizujemy, to robisz nowy tatuaż. Pamiętasz naszą rozmowę?

- Pamiętam, ale na razie nie będziemy tego zdradzać (śmiech)!