Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Jaylin Airington: Wygrać wszystko, co możliwe

Wtorek, 06 Lutego 2018, 17:39, Michał Fałkowski

Na początku sezonu potrzebował czasu, ale gdy już zaadaptował się w nowym kraju i taktyce trenera Igora Milicicia, wystrzelił niczym rakieta. Zapraszamy na wywiad z Jaylinem Airingtonem.

Michał Fałkowski: Czy twoja forma z grudnia, a przede wszystkim ze stycznia to coś nieoczekiwanego, czy jednak coś, na co czekałeś od samego przyjścia do Anwilu Włocławek?

Jaylin Airington: Czekałem! Zdecydowanie czekałem. Początek nie był łatwy, ale pewnie nie będę pierwszym zawodnikiem, który mówi, że zmiana stylu gry z amerykańskiego, uczelnianego na europejski nigdy nie jest prosta. Do tego nowy kraj, nowe otoczenie, język, kuchnia. Czasem nie jest łatwo. Ale przeszedłem przez te trudniejsze momenty i dzisiaj czuję się we Włocławku i Anwilu bardzo komfortowo.

Co było najtrudniejsze w przestawieniu się z NCAA na zawodową koszykówkę w Europie?

- Zdecydowanie system gry w obronie. Dużo bardziej skomplikowany i po prostu inny od tego, co uczyłem się przez całe życie w USA. Trener Igor Milicić to szczególarz, przywiązuje ogromną wagę do każdego detalu i na parkiecie nic nie dzieje się z przypadku. O ile w ataku jeszcze mamy zielone światło na wykorzystywanie przewag, czytanie gry rywala, o tyle defensywa jest oparta na zaangażowaniu i wypracowanych schematach.

Początek sezonu był dla ciebie trudny, brakowało ci pewności siebie.

- Tak. Ja jestem osobą, która potrzebuje pewności siebie i jednocześnie zaufania ze strony innych osób. I to zaufanie ze strony trenerów czy wsparcie pracowników klubu było od samego początku. To nie jest jednak tak, ze zaufanie przeradza się w pewność siebie w ciągu jednego dnia. Zanim przestałem myśleć w trakcie meczów: „Co będzie jak nie trafię? Co kibice o mnie pomyślą? Co trener powie?”, to jednak chwilę to trwało. Ale w końcu zacząłem mniej myśleć nad tym, co powiedzą inni i słuchałem rad trenerów, którzy mówili, żebym wierzył w siebie i poddał się impulsom na boisku.

Pamiętasz jakiś moment graniczny, w którym poczułeś się pewnie? Jakiś mecz, trening, wydarzenie?

- Myślę, że taką granicą między Jaylinem, który się waha, myśli dwa razy i zastanawia się nad tym, co zrobić, a Jaylinem, który gra instynktownie w ramach schematów i realizuje plan meczu było spotkanie z Polskim Cukrem. Wtedy poddałem się grze, poddałem się emocjom i czułem, że mam tę pewność siebie.

Cofnij się do sierpnia, września, do czasu, gdy podpisywałeś kontrakt we Włocławku. Byłeś nieco przestraszony tym, co się czeka? Tym, że właśnie rozpoczynasz zawodowe granie w koszykówkę?

- Z jednej strony: nie, bo zawsze chciałem grać w koszykówkę i w takim myśleniu dorastałem. Odkąd miałem cztery-pięć lat tak byłem ukierunkowywany i z biegiem czasu koszykówka stała się moją pasją i marzeniem. Z drugiej strony jednak, nagle miałem wyjechać na zupełnie inny kontynent, do obcego kraju… Wiesz, ja wychowywałem się w rodzinie, w której relacje międzyludzkie są bardzo ważne. Kocham moją mamę, tatę i resztę rodziny; zawsze byliśmy bardzo blisko. Do tego wszyscy moi kuzyni, wujkowie, ciotki i starsze pokolenia mieszkają w sąsiedztwie, więc praktycznie nigdy nie miałem tak, żebym czas spędzał bez nich. Zawsze ktoś z rodziny był blisko. Zawsze wiedziałem, że gdy wyjdę poza dom, to kogoś spotkam.

W tym pierwszym momencie sezonu, co dawało ci siłę? Wsparcie ze strony trenerów czy wszystkich dookoła klubu to jedno, ale rookies (zawodnicy z USA, którzy grają pierwszy rok w Europie – przyp. M.F.) często mają trudności adaptacyjne…

- Dwie rzeczy: wiara i rodzina. Jestem bardzo wierzącym człowiekiem, bo tak byłem wychowywany i właśnie w tych trudnych momentach, gdy nie grałem na miarę swoich oczekiwań, skupiałem myśli na wierze. Na Biblii, na słowach, na nadziei. A co do rodziny, to jestem z nimi w nieustannym kontakcie. Choć od mojej mamy, taty czy rodzeństwa dzieli mnie kilka tysięcy kilometrów, ciągle rozmawiamy przez Internet. I oni motywowali mnie, wspierali i powtarzali, żebym ufał Bogu.

Całe szczęście, że żyjemy w XXI wieku. Wyobrażasz sobie siebie w Polsce w latach 90-tych?

- Bez Internetu, czy kontaktu choćby mailowego? Nie ma szans… Myślę, że wówczas byłoby mi o wiele, wiele trudniej.

Dobrodziejstwo Internetu działa też w drugą stronę. Przed podpisaniem kontraktu mogłeś doskonale sprawdzić wszystkie informacje o klubie i kraju, w którym spędzisz trochę czasu…

- Oj, tak! Jako pierwsze sprawdziłem halę. Chciałem zobaczyć czy jest to duży obiekt i ilu kibiców będzie nas wspierać co mecz. Widziałem na YouTube filmiki, które mnie zachwyciły – biała hala, a kibice tańczący na trybunach. To było świetne! Natomiast moja mama sprawdziła wszystkie kwestie o kraju, czyli Polsce. Historię, kulturę, język, kuchnię. I na koniec powiedziała: jedź, synku!

Mama miała rację. Grasz coraz lepiej, Anwil jest na fotelu lidera…

- 18 zwycięstw w 21 meczach. Ten wynik pokazuje naszą siłę. I wierzę, że jesteśmy stworzeni do wielkich celów.

Do tego jeszcze przejdziemy. Wspomniałeś o rodzinie, wspomniałeś także o Bogu. Jesteś bardzo wierzący?

- Nie wiem czy bardzo czy nie, to nie jest dobre kryterium. Po prostu wierzę w Boga. Tak zostałem wychowywany, Bóg daje mi siłę.

W Polsce ludzie wierzący mają takie powiedzenie: gdy Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko inne jest na dobrym miejscu. Zgodzisz się?

- Tak to właśnie u nas funkcjonuje. Nie jestem katolikiem, jak – z tego co się dowiedziałem – większość Polaków, ale jestem chrześcijaninem, więc myślę, że rozumujemy podobnie.

To rzeczywiście może być cecha wspólna. A różnice, które są dla ciebie nie do przejścia?

- Myślę, że takich „nie do przejścia” nie ma, ale niektóre sprawy sprawiają mi trudność. Na przykład język. Nie przypuszczałem, że może być tak trudny. Przyjeżdżając tu, miałem zamiar się nauczyć czegoś więcej, ale już wiem, że to karkołomne wyzwanie. Coś tam umiem, ale to podstawowe zwroty grzecznościowe. Natomiast coraz więcej rozumiem. Nie potrafię jeszcze dobrze przetłumaczyć rozmowy czy zrozumieć każde pojedyncze słowo, ale zauważyłem, że umiem odczytać kontekst rozmowy, temat ogólny. Z tym jest coraz łatwiej.

Co jeszcze? Kuchnię macie bardzo ciekawą i smaczną. Lubię jeść polskie dania, jako zespół stołujemy się w jednej ulubionej restauracji i tam codziennie jest pełen obiad, to znaczy zupa plus drugie danie i rzeczywiście wszystko mi smakuje. Nie mogłem skusić się jednak na żadną potrawę podczas klubowej wigilii… Ryby, grzyby, pierogi… No przyznam się, że średnio (śmiech). Zjadłem wtedy frytki.

We Włocławku mieliśmy już przypadki koszykarzy, którzy kompletnie nie mogli przełamać bariery polskiej kuchni. Na przykład Elijah Johnson, który pochodzi z Indiany tak samo jak ty. Znasz go?

- Oczywiście! Elijah Johnson, pochodzi z miejscowości Gary w Indianie. Ja jestem z East Chicago (nie mylić z Chicago – przyp. M.F.), ale to jest obok! Mój kuzyn i siostrzenica Elijah to obecnie małżeństwo, więc jesteśmy, powiedzmy, gdzieś tam bardzo, bardzo daleką rodziną (śmiech)! Ale nie wiem co się z nim teraz dzieje. Od dawna nie miałem o nim żadnych wieści. No i nie wiedziałem, że Elijah grał w Polsce, a do tego we Włocławku!

Johnson nie dotrwał do momentu, w którym ty się znajdujesz. Czyli od rookiego, który nieśmiało stawiał pierwsze kroki do jednego z liderów zespołu i MVP stycznia według naszych fanów. Lubisz mieć odpowiedzialność na swoich barkach?

- O tak! Uwielbiam to! Ten moment meczu, w którym masz piłkę w rękach i decydujesz o tym, co zagrasz, czy rzucisz, czy podasz i czy będziesz zwycięzcą, czy jednak przegrasz mecz, ten moment meczu jest zawsze najistotniejszym. I to jest ta chwila, kiedy chcę być na parkiecie i chcę, żeby piłka była właśnie w moich rękach.

Tak miałeś od zawsze, czy nabyłeś tę cechę?

- East Chicago w Indianie to, szczerze mówiąc, nie jest najszczęśliwsze miejsce do życia na tej planecie. OK, pochodzę stamtąd, tam jest moja rodzina i moje korzenie, ale zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim tak poszczęściło się jak mi. W moim mieście jest dużo przemocy i dużo złych ludzi, więc często musisz brać sprawy w swoje ręce i brać odpowiedzialność za swoje działania. I choć oczywiście, w koszykówce celny czy niecelny rzut to nie jest sprawa życia i śmierci, ale uwielbiam ten moment, gdy mogę decydować.

Tak jak w niedawnym meczu w Radomiu. 23 punkty, 5 zbiórek, 3 asysty i wsad, który przypieczętował zwycięstwo…

- Dokładnie tak. To był właśnie taki moment. Cała czwarta kwarta była takim momentem, a po moim wsadzie zrobiło się cichutko. Przechwyt, kontra, wsad i… nasz radość, radość naszych kibiców, a reszta hali siedzi cicho. Takie chwile się pamięta.

Pochodzisz z Indiany, ale East Chicago jest na granicy Indiany i Illinois. A Illinois to oczywiście Chicago Bulls. Byłeś fanem Byków czy jednak Pacers?

- Urodziłem się zbyt późno, by oglądać Chicago z Michaelem Jordanem w składzie, ale moi rodzice zachowali kasety z pierwszej połowy lat 90-tych, więc jak już byłem nieco starszy, wszystko sobie odtwarzałem. I podziwiałem Jordana, choć on, w sensie czasu i przestrzeni, był daleko. Dlatego moimi prawdziwymi idolami był moi wujkowie, którzy grali w koszykówkę w szkole średniej. Jeden z nich był nawet mistrzem stanowym, więc to była dla mnie inspiracja. Oglądałem tamte mecze i myślałem sobie: „Ja też tak chcę! Ja też tak mogę!”. Już wtedy wiedziałem, że koszykówka to całe moje życie i tak będzie w przyszłości.

Ta „przyszłość” to obecnie kontrakt w Anwilu Włocławek. Słyszałem, że jesteś pierwszym zawodowcem w swojej rodzinie?

- Tak. Dorastałem w rodzinie, w której wszyscy grali w koszykówkę, ale to jednak ja zostałem profesjonalnym graczem jako pierwszy. To nieco szalone, bo chociażby wspomniani przeze mnie wujkowie byli naprawdę nieźli… Także mój tata grał na uczelni w Nebrasce, nawet moja mama zanim zaszła w ciążę i oczekiwała małego Jay’a (śmiech).

Cała ta rozmowa spina nam się w trzech aspektach tego, co cię ukształtowało jako człowieka: rodzina, wiara, koszykówka…

- I rzeczywiście tak jest.

A co jest tą najważniejszą kwestią?

- Nie potrafię wybrać, ale odpowiem tak… Rodzina zawsze była blisko mnie, a ja blisko nich. Była bardzo ważna. Jednak kiedy przyszło do wyboru uczelni i miałem ofertę z uniwersytetu z odległej o kilka tysięcy kilometrów Kalifornii, nikt z rodziny nawet nie wspomniał mi, żebym się może zastanowił, bo będę daleko. Każdy wiedział, że są jeszcze inne ważne rzeczy, np. koszykówka, którą w mojej rodzinie wszyscy uprawiali. A że ja nie miałem żadnych ofert z uczelni blisko domu, właściwe sprawą bardzo prostą było podjęcie decyzji o przeprowadzce na drugi koniec kraju. Nikt mnie nie zniechęcał, bo wiedział, że to dla mnie okazja. Każdy wiedział, że Bóg daje mi szansę i muszę ją wykorzystać.

Uczelnia Bakersfield była jedyną, którą proponowała ci miejsce na liście studentów i jednocześnie dawała szansę na grę w koszykówkę?

- Miałem jeszcze inne oferty, ale z uczelni, których drużyny grały w drugiej, lub trzeciej dywizji NCAA. Ja tego nie chciałem. Rodzice mi doradzali, że jeśli mam zostać zawodowcem, to łatwiej będzie mi zrobić to grając w lepszej lidze, niż słabszej.

Nic więc dziwnego, że gdy przyszło do zrobienia kolejnego kroku w życiu, nie wahałeś się wyjechać na drugi kontynent, do kraju, którego nie znalazłeś i miasta, o którym nie słyszałeś nigdy wcześniej.

- Tak jak powiedziałem: jakieś nerwy były, ale generalnie nie wahałem się. Już zresztą o tym rozmawialiśmy. Od czego w końcu jest „wujek” Google! Tak jak powiedziałem: ja sprawdziłem wszystkie sportowe aspekty i potwierdziłem to, co usłyszałem o klubie czy trenerze Miliciciu od agenta, a moja mama sprawdziła resztę. I z wiarą i nadzieją wkroczyłem w nowe życie.

I dzisiaj jesteś częścią Anwilu Włocławek, który z bilansem 18:3, a właściwe 19:3 po wycofaniu Czarnych Słupsk, lideruje całej reszcie stawki w Energa Basket Lidze. Myślisz już o tym co będzie za kilka miesięcy?

- Chcę wygrać wszystko, co tylko możliwe… Mamy na to szansę…