Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Ivan Almeida: Czas ucieka. Chcę tylko wygrywać!

Poniedziałek, 16 Października 2017, 14:51, Michał Fałkowski

Z humorem, ale na serio. Ivan Almeida opowiada o tym, dlaczego "czas mu ucieka", o efekcie odniesionej rok temu kontuzji, a także o swoim pochodzeniu i grze w Anwilu. Zapraszamy na wywiad!

Michał Fałkowski: Republika Zielonego Przylądka, znana w Polsce także jako Wyspy Zielonego Przylądka, nie kojarzy się z koszykówką. Myślę jednak, że odkąd jesteś w Polsce, kibice koszykarscy utożsamiają twój kraj już jednoznacznie.

Ivan Almeida: Koszykówka jest w Republice Zielonego Przylądka bardzo popularna! Ja jednak, zanim zacząłem grać w basket, trenowałem piłkę nożną. A potem karate i capoierę. Miałem dużo wolnego czasu, bo na Wyspach do szkoły chodzi się od 7 do 12. Potem trochę prace domowe i czas wolny. Ja byłem aktywny, zresztą do dzisiaj jestem. I ciekawy świata. Dlatego mając 17 lat ruszyłem do Portugalii, a potem dalej, do USA na studia.

Od zawsze chciałeś opuścić swoją wyspę?

- Miałem to szczęście, że mieszkałem na wyspie Santiago, w stolicy kraju, Praii. Urodziłem się tam, bo kilka lat wcześniej przenieśli się do niej moi rodzice, mieszkający wcześniej na Saint Vicente. Ale pytałeś o wyjazd. Tak, wiedziałem, że swoje marzenia mogę realizować tylko poza moim krajem.

Marzenia o studiach, koszykówce?

- Zawsze chciałem pojechać na studia do Stanów Zjednoczonych. Zanim to się jednak dokonało, ruszyłem do Portugalii mając zaledwie 17 lat. Tam grałem zarówno w młodzieżowym zespole, jak i trenowałem z seniorami i zespołem rezerw. To był dobry czas. Rozwijałem się.

Mówiłeś jednak, że zanim zacząłeś koszykówkę była piłka nożna, karate, capoeira…

-  … oraz piłka ręczna. Piłka nożna szybko mi się znudziła. Nie była dla mnie. Grałem jako napastnik, bramkarz, obrońca, co chcesz, ale uznałem, że to nie jest sport, która sprawia mi radość. Poszedłem więc na karate, które trenowałem przez dwa lata. Po tym czasie zaliczyłem krótki epizod w piłce ręcznej, a w międzyczasie cały czas przejawiała się gdzieś capoeira.

To dzięki treningom capoeiry dzisiaj jest tak sprawny i skoczny?

- Tak. Trenując capoierę, musisz być elastyczny, musisz być jak guma, a poza tym podstawową postawą w tej sztuce walki jest lekki przysiad. Cały czas musisz być nisko na nogach, czyli tak jak… w koszykówce. No i oczywiście, capoiera to taniec, rytm, a koszykówka to także – dla mnie – przede wszystkim rytm. To właśnie dzięki capoierze mogę dzisiaj tak wysoko skakać i być tak sprawnym graczem, jakim jestem.

Więc salta i inne formy akrobatyki nie są ci obce?

- Nie są, umiem wszystko.

Żartując oczywiście, ale może, rodem z piłki nożnej, mógłbyś kiedyś dokonać jakiejś celebracji po udanej akcji albo wygranym meczu?

- Widzisz minę trenera Igora Milicicia, gdy po wsadzie – zamiast wracać do obrony – robię salto radości (śmiech)? Nie ma szans!

IVAN ALMEIDA LEPSZY NIŻ IGOR MILICIĆ

Jesteś optymistycznie nastawiony do świata, pogodny i masz poczucie humoru. Ale to chyba nic nadzwyczajnego dla człowieka, który wychował się w takiej kulturze.

- Poza parkietem jest absolutnie wyluzowany. Staram się nie stresować, odpoczywam, relaksuję się. Tak zostałem wychowany. Zresztą, nie możesz mieć innego podejścia do życia jeśli w twoim świecie słońce świeci przez cały rok, pod ręką masz piękne plaże i szum fal.

A o twoim pochodzeniu porozmawiamy? Mam na myśli portugalską krew. Pytam, bo nie każdy lubi rozmawiać o trudnej historii swojego kraju.

- Nie ma problemu. Republika Zielonego Przylądka odzyskała niepodległość w 1975 roku, czyli jeszcze zanim pojawiłem się na świecie, ale fakt – w moich żyłach, przez mamę mojej mamy, płynie krew portugalska. Byliśmy skolonizowali i dzisiaj na Wyspach znajdziesz ludzi o każdych możliwych cechach: ciemnoskórych o ciemnych oczach oraz blondynów z niebieskimi oczami. Kulturowo jesteśmy bliżej Europy, niż Afryki. Ja czuję się stuprocentowym Kabowerdeńczykiem. A Portugalia to tylko po części moja krew ze względu na babcię.

Ale masz jednak paszport portugalski…

- Tak, i nawet miałem go wcześniej, niż kabowerdeński… Tak się po prostu złożyło. Respektuję i szanuję dziedzictwo mojego kraju, ale cieszę się, że jestem Kabowerdeńczykiem. To jest moja tożsamość. Dlatego nigdy, ale to absolutnie nigdy, nie chciałem grać dla Portugalii.

Miałeś propozycję?

- Tak. Kiedyś pojechaliśmy, jako młodzieżowa reprezentacja Wysp Zielonego Przylądka, na turniej, na którym była także Portugalia. I pewnego razu spotkałem się przypadkiem w windzie hotelowej z trenerem Portugalii. Namawiał mnie na zmianę kadry narodowej. Szybko odparłem, że to nie wchodzi w grę, bo czuję się Kabowerdeńczykiem, a nie Portugalczykiem. Mój ówczesny selekcjoner był na nich wściekły za te podchody (śmiech).

Występy na Afrobaskecie w barwach Cabo Verde (tak w języku Ivana Almeidy nazywa się jego kraj – przyp. M.F.) były spełnieniem marzeń?

- Tak. Nie ważne jak grasz, nie ważne w co grasz, ale fakt, że po prostu grasz i reprezentujesz swój kraj, to wielka sprawa. Kto by pomyślał, że Cabo Verde, dziesięć wysp, pół miliona ludzi, zagra na Mistrzostwach Afryki? Inne kraje mają złoto, diamenty, ropę… My nie mamy nic poza piaskiem i wulkanami. A na parkiecie wychodziliśmy naprzeciw siebie jak równy z równym. Byłem i jestem z tego faktu bardzo dumny. Grałem dla Wysp Zielonego Przylądka bo to jest mój kraj, moja tożsamość. Granie dla Portugalii byłoby wielkim błędem z mojej strony.

Twoje imię nie jest jednak ani kabowerdeńskie, ani portugalskie. „Ivan” to… rosyjskie imię. Zdradzisz skąd taki pomysł mieli twoi rodzice?

- To pomysł mojego taty, który w latach 70-tych pracował w Jugosławii. Otrzymał tam stypendium i nie było go w domu przez jakiś czas. Tam też poznał swojego przyjaciela, Ivana właśnie. Niestety, on wkrótce zmarł, a tata bardzo mocno to przeżył. I na część swojego kumpla, nazwał mnie „Ivan”. Przyznaję, podobało mi się od zawsze. Byłem jedynym Ivanem nie tylko w klasie, ale i całej szkole (śmiech). Z drugiej strony, już powiedziałem ci, że na Wyspach spotkasz tak naprawdę każdą możliwą nację, więc i różnorodne imiona nie robią na nikim wrażenia.

EL CONDOR DUNKUJE NA TRENINGU

A ile razy w życiu miałeś sytuację, gdy odpowiadając na pytanie skąd jesteś, widziałeś na twarzach swoich rozmówców zdziwienie?

- Daj spokój, przestałem liczyć (śmiech)! Do dziś mam w pamięci jedną sytuację, gdy pojechałem do Stanów Zjednoczonych na studia. To była uczelnia w Bostonie, zdominowana przez białą społeczność. „Skąd jesteś?” – padło więc kiedyś pytanie. „Republika Zielonego Przylądka”. „OK, a gdzie to jest?”. No więc tłumaczę: 10 wysp, 450 kilometrów na wschód od Afryki, „obok” Senegalu. I za moment pada pytanie: „Czy mieszkacie tam na drzewach?”…

Żartujesz? Mamy 21 wiek…

- Oczywiście odpowiedziałem, że nie, że mamy budynki, samochody, lotniska, samoloty… Ale mój rozmówca chyba nie uwierzył, bo pytał dalej. „Jak dostałeś się do USA?”. Zaniemówiłem i… postanowiłem sobie z niego zażartować. Odpowiedziałem więc, że najpierw popłynąłem do Senegalu. Wpław. Potem szedłem piechotą przez całą Afrykę, aż do Europy i Arktyki. Tam zmieniłem kierunek i przez Kanadę ruszyłem przez lasy i rzeki do USA. A co na to mój kolega? Uwierzył! „Wow! Naprawdę?” – taka była jego reakcja. Ostatecznie jednak rozwiałem jego wątpliwości i powiedziałem, że naigrywałem się z niego i przyleciałem samolotem. Mam jednak wrażenie, że on do dziś uważa, że w Afryce ludzie mieszkają na drzewach i chodzą nago po plaży. W sumie mogłem go zapytać czy jako „Indianin” pali nieustannie fajkę pokoju?

W Polsce chyba aż tak źle nie jest?

- Nie, w ogóle w Europie nie ma z tym problemu. Ludzie nie komentują. Co najwyżej pytają gdzie to jest. Wtedy odpowiadam albo pokazuję Wyspy Zielonego Przylądka na mapie.

Po studiach w USA wróciłeś do Portugalii, ale w 2013 roku przeniosłeś się do Francji, gdzie spędziłeś cztery lata. I co ciekawe, dzisiaj na co dzień mieszkasz właśnie tam – we Francji, w Lille. To twój drugi dom?

- Nie, mimo wszystko nie. Po prostu zamieszkałem tam, gdy przyjechałem do Francji i tak już zostało, gdy przeniosłem się później do Roanne i kolejno, do Cholet. Gdybym miałem jednak tak kategoryzować, powiedziałbym, że to mój trzeci dom. Pierwszym jest Praia, a drugim miejscowość Pawtucket w stanie Rhode Island. Mieszka tam mój kuzyn, u którego spędzam kilka tygodni w trakcie przerwy od koszykówki. Zawsze tak jest, że latem dzielę swój czas na Cabo Verde, USA i Francję. Z tym, że dla mnie Francja to tylko Lille. Reszty kraju „nie czuję”.

Żyjesz więc na walizkach nie tylko jako zawodnik, ale też jako człowiek…

- Trzy domy, ciągle na walizkach. Ale taka jest po prostu moja rzeczywistość, nie ma wyjścia. Chciałem być koszykarzem, mam więc to, co mam. Już jako dzieciak wiedziałem, że jeśli chcę grać w koszykówkę to muszę opuścić Wyspy Zielonego Przylądka. Najpierw pojechałem do Portugalii, bo chciałem rozwijać się w kraju lepszym koszykarsko i bliskim kulturowo. Po studiach znowu wróciłem do Portugalii, ale szybko chciałem zmienić środowisko, aby mierzyć się większymi wyzwaniami. Podpisałem więc kontrakt z Lille w 2013 roku. Od razu dwuletni. To była dobra decyzja, bo miałem czas, aby się wdrożyć w nowym miejscu. Poczuć trochę stabilizacji, bo koszykówka to tylko część życia. Uwielbiam ją, ale nie tylko na niej się koncentruję. Mam życie prywatne, synka, dziewczynę, a do tego także inne pasje.

Jakie?

- Muzykę. Gram na pianinie, komponuję piosenki, produkuję muzykę. I najchętniej w każdym miejscu, w którym jestem, miałbym w domu pianino, ale przecież nie będę z nim podróżował… Tak jak mówię: znam swoje realia, wiem jaką drogę wybrałem, ale czasem człowiek chciałbym posiedzieć gdzieś dłużej w jednym miejscu. Bycie sportowcem wiąże się jednak z tym, że chcą cię tylko wtedy, gdy jesteś produktywny. Gdy masz słabszy moment, musisz zmienić otoczenie… Coraz częściej myślę jednak o tym, co będzie po zakończeniu kariery. Co wtedy zbuduję…

We Francji w ciągu czterech lat miałeś trzy kluby. Sam jednak zmieniałeś otoczenie…

- Tak. Po dwóch latach gry w Lille chciałem zmienić klub na silniejszy i poszedłem do Chorale Roanne. Rok temu postawiłem sobie za cel trafić do francuskiej ekstraklasy. I trafiłem, ale zanim to nastąpiło dostałem paskudnej kontuzji nadgarstka. Robiłem wsad i skończyło się czteromiesięczną pauzą.

Ale wróciłeś do gry. Można powiedzieć: wróciłeś silniejszy, bo podpisałeś umowę z ekipą ProA – Cholet Basket.

- Tak, ale zajęło mi trochę czasu to, zanim wróciłem do pełnej sprawności i zwinności, którą mam teraz. Dlatego też we francuskiej ekstraklasie nie mogłem pokazać pełni swoich możliwości. Moment kontuzji traktuję jednak jako bardzo ważny w karierze. Od 2007 roku trenowałem na maksymalnych obrotach. Nawet wtedy, gdy miałem wolne. Nie istniało dla mnie pojęcie pełnego odpoczynku od koszykówki. Maksymalnie trzy-cztery dni i musiałem pójść do hali porzucać. I nagle, gdy rozwaliłem sobie nadgarstek, nie miałem wyjścia. Musiałem przestać trenować. Szybko przytyłem 10 kilogramów zanim nastąpił moment, gdy mogłem rozpocząć rehabilitację. Było strasznie. Nie poznawałem siebie, ciągle byłem zdenerwowany. Ale co w tym dziwnego? Przez dziewięć lat mogłem grać w koszykówkę non-stop, aż tu nagle przymusowa przerwa. Dało mi to jednak do myślenia: a co będzie, gdy już naprawdę przestanę grać?

IVAN ALMEIDA WITA SIĘ Z KIBICAMI

I co będzie?

- Tego nie wiem, mam jeszcze trochę czasu. Ale jestem już tyle mądrzejszy, że wiem, iż muszę o tym myśleć teraz. Dlatego moment kontuzji traktuję jako błogosławieństwo. Zregenerowałem się mentalnie, zacząłem myśleć o sobie inaczej. Także powrót po kontuzji był straszny. Nie miałem mobilności, nie mogłem skakać, ba!, nie mogłem dryblować lewą ręką. Uświadomiłem sobie wówczas: w dniu, w którym przestanę grać, stracę wszystko to, na co tak mocno pracowałem. I zdałem sobie sprawę, że czas ucieka i trzeba sobie stawiać konkretne cele. Nie ma czasu do stracenia. Jako sportowiec chcę już więc tylko jednego: wygrywać.

Ale to chyba każdy sportowiec – z samej natury wykonywanego zawodu – chce…

- Każdy chce, ale nie każdy robi wszystko, aby to miało miejsce. Ja przyjechałem do Włocławka z jednym celem: wygrywać każdy, absolutnie każdy kolejny mecz. Chcę wygrać wszystko, co tylko możliwe. Mecze, puchary, mistrzostwo… Na to właśnie pracuję codziennie bardzo mocno. Mamy mecz w niedzielę? Dobrze, więc chcę go wygrać i już od poniedziałku pracuję, aby tak się stało. Wyobrażam sobie to, wkładam maksymalny wysiłek, aby tak się stało. I wiem też inną rzecz: dzień, w którym przestanę się starać i poczuję, że już nie mam siły, będzie ostatnim dniem kariery. Wówczas skończę grać.

I co wtedy nastąpi?

- Tak jak powiedziałem: nie wiem, bo na razie bardzo mi się chce. Chcę wygrywać każdy mecz, chcę wygrać wszystko. Tutaj we Włocławku. Z Anwilem. Z tym zespołem.

Szybko stałeś się ulubieńcem fanów Anwilu Włocławek…

- Tutaj kompletnie nie chodzi o mnie. Jednego dnia prezes klubu z Lille, z którym byłem w bardzo bliskich relacjach; dzisiaj mogę powiedzieć, że jest dla mnie drugim ojcem, powiedział mi: „Ivan, pamiętaj, najlepszym zespołem jest ten, w którym grasz, a najlepszymi zawodnikami są ci, z którymi jesteś w drużynie”. I ja się tego bardzo mocno trzymam. Najważniejszy jest zespół, zespół Anwilu, a najlepsi gracze na świecie to ci, z którymi grasz. Dla mnie moi koledzy są najlepsi na świecie i chcę pokonać wszystkie zespoły w lidze. Jesteśmy w stanie wygrywać ze wszystkimi. Mamy wielki potencjał. Każdy z graczy może zdobyć bez problemu 20 punktów, a dwóch innych – 15. Pytanie tylko: kto akurat ma dzień.

Mówisz bardzo górnolotnie. Lubisz zajmować się takimi kwestiami motywacyjnymi? W ten sposób się nakręcasz?

- Tak, to mnie nakręca. Od początku przygotowań, poniedziałku, wtorku, nakręcam się na kolejny mecz. I codziennie pracuję na to, aby moja praca w weekend przyniosła efekt. I jeśli ten efekt jest, wówczas to nakręca mnie dalej. Tydzień przeradza się w miesiąc, a miesiąc w konkretny rok, sezon. Najgłupsze to, co można zrobić to budzić się każdego dnia bez konkretnego celu i konkretnego założenia. Tego nauczył mnie mój tata. Zadawał pytania i „zmuszał”, abym szukał odpowiedzi?

Na przykład?

- „Co chcesz robić w życiu?”. A gdy odpowiadałem, pytał dalej: “Jak chcesz to osiągnąć?”. I ciągle coś nowego. I pamiętam, że gdy miałem 17-18 lat to wstawałem o 6.30, aby np. zdążyć na jakiś egzamin. A mój ojciec był już na nogach od pół godziny. I tak samo było dzień wcześniej i wiedziałem, że tak samo będzie nazajutrz. I może dlatego mój ojciec odniósł sukces i pokazał mi drogę: tylko ciężka praca się liczy, ale ciężka praca każdego dnia, a nie tylko pojedynczego dnia. Nie może być tak, że masz mecz w niedzielę i myślisz o nim od niedzielnego poranka. Tak to nie działa.

Wiem, że to może brzmieć dziwnie, ale ja nakręcam się przez pozytywne myślenie. Gdy przed meczem o Superpuchar Polski słyszałem gdzieś, że „mamy szansę wygrać”, to natychmiast odparowywałem: „Nie, to Stelmet – jeśli zagra dobrze – ma szansę nas pokonać. My chcemy, a nie mamy szansę, to wygrać”.

Stelmet był faworytem tamtego meczu. Jest mistrzem Polski.

- I co z tego? „Być może wygram”, „mam szansę wygrać” to dla mnie nie brzmi, to do mnie nie trafia. „Wygram”, „będę wygrywał”. Tylko takie myślenie ma rację bytu. Stelmet jest świetnym zespołem, mają fantastycznych graczy, ale… my też! Który żołnierz poszedłby na wojnę, gdyby jego dowódca powiedział przed bitwą „być może wygramy, chodźcie za mną”. Nie ma szans. „Chodźcie! Skopiemy parę tyłków!”. To jest moje nastawienie, z którym przyjechałem do Włocławka.