Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Igor Milicić: Poprzedni sezon daje mi motywację

Czwartek, 17 Sierpnia 2017, 8:02, Michał Fałkowski

- Uważam, że najprościej byłoby odejść i pozostawić komuś innemu, aby się martwił o obecną sytuację. To jednak nie leży w mojej naturze - mówi w wywiadzie trener Anwilu Włocławek, Igor Milicić.

Michał Fałkowski: Ile zajęło trenerowi „odchorowywanie” poprzedniego sezonu?

Igor Milicić: Nie chciałem niczego odchorowywać. Są pewne rzeczy, które można zapomnieć, a o pewnych zapominać nie wolno po to, żeby się rozwijać i być silniejszym. Zeszły sezon daje mi jeszcze większą motywację do pracy. W pewnym momencie wydawało się, że wszystko jest wspaniale, a otóż okazało się, że wcale tak nie było i o tym zapominać nie wolno. Trzeba z pokorą pracować dalej.

Ile razy oglądał pan serię z Energą Czarnymi Słupsk?

- Kilkukrotnie każde spotkanie, ale teraz nie ma większego sensu do tego wracać. Są pewne kwestie, na które odpowiedzi nie znalazłem i nigdy nie znajdę. Na przykład dlaczego dzieje się tak, że w pierwszej połowie piątego meczu Chavaughn Lewis nie trafia żadnego rzutu, a w drugiej połowie zdobywa aż 23 punkty? Czy my zmieniliśmy typ obrony, zmieniliśmy taktykę w przerwie? Oczywiście, że nie. Natomiast na kilka rzeczy znaleźliśmy odpowiedzi i teraz chcemy przełożyć tę wiedzę na kolejny sezon. Stąd nieco inaczej budujemy zespół, stąd nieco inne podejście do przygotowania do fazy play-off…

Jak to kibice mają rozumieć?

- Zespół musi być przygotowany na różne okoliczności i wypadki losowe. Na kontuzje, na nagłe spadki formy dotychczasowych liderów. Nie możemy być uzależnieni od jednego, czy dwóch graczy.

Czy zmieniłby pan cokolwiek, gdyby można było rozegrać, np. mecz numer pięć serii po raz drugi?

- Znając wynik – tak. Ale gdyby przyszło nam grać jeszcze raz bez tej wiedzy, którą mamy dzisiaj, to w dużej mierze znów powieliłbym schemat. Chciałbym nadal stawiać na Nemanję Jaramaza, wierząc, że w końcu się otworzy, bo przecież w trakcie sezonu mocno budowaliśmy jego pewność siebie i bywały mecze, w których Nemanja zaczynał słabo, a kończył trafiając ważne rzuty. Chciałbym korzystać z doświadczenia Fiodora Dmitriewa, aczkolwiek tego nie mogłem robić, bo ze względu na uraz Michała Chylińskiego na czwórce zmiennikiem Pawła Leończyka był najczęściej Kacper Młynarski. To takie przykłady, które jednak dzisiaj… nie mają już żadnego znaczenia.

Czy tamte wydarzenia sprawiają, że jest pan innym trenerem?

- Tak, jak powiedziałem wcześniej – mam więcej pokory i pewne wnioski musiałem wyciągnąć. Z drugiej strony jednak, nasz plan na tamten sezon przez długie miesiące sprawdzał się i dawał naszym kibicom wielką radość. Wierzę w swoją pracę, ale koszykówka jest sportem po prostu nieobliczalnym. Jeden rzut sprawia, że słaby mecz można zmienić – w odbiorze kibiców – w świetny i na odwrót. Gdybyśmy wygrali jednak piąty mecz, czy ja osobiście stałbym się lepszym trenerem, niż jestem? Na pewno nie jest to kwestia jednego meczu.

Może jedną rzecz był zmienił… Przed meczem numer pięć zastanawiałem się czy nie warto rozluźnić zespołu. Drużyna była wówczas pod mocnym stresem w związku ze stawką spotkania. Tylko, że trener zawsze musi patrzeć szerzej, musi zwracać uwagę na to, że każda jego decyzja będzie zaopiniowana na 20 różnych sposobów. Chcę powiedzieć, że wszyscy byliśmy pod wielkimi emocjami: każdy wiedział, że odpadnięcie w ćwierćfinale będzie porażką, a gra w czwórce będzie skutkowała grą o medale czy szansą na udział w europejskich pucharach. Dlatego dzisiaj mam trochę pretensje do siebie, że jednak uznałem, że pewna forma integracji, rozluźnienia będzie odebrana bardzo źle. Dzisiaj trochę żałuję, bo w sytuacji, gdy Czarni niczym nas nie zaskoczyli, a moi zawodnicy pudłowali z prostych pozycji spod kosza, czy otwarte rzuty z dystansu i ogółem rzuciliśmy 62 punkty to… Nie zagrała głowa. Po prostu.

Wystarczy o poprzednim sezonie. Przed nami rozgrywki 2017/2018. Mówi pan o różnicach w podejściu do budowy zespołu, o różnicach w przygotowaniach. Coś więcej na ten temat?

- Przede wszystkim nasze możliwości nie pozwalają nam na zbudowanie drużyny, która byłaby tak szeroka pod względem rotacji, jak ostatnio. To jest zasadnicza różnica. Dlatego stawiamy na koszykarzy, których cechą jest stabilność oraz fakt, że większość z nich może zagrać na więcej, niż jednej pozycji. Oczywiście, nie w przypadku każdego zawodnika, ale ogółem pomysł jest taki, żeby ten okrojony – liczebnie – skład pozwalał na jak najszersze rotowanie zespołem pod względem taktycznym.

Rotacja będzie mocno zawężona.

- Na ten moment ośmiu-dziewięciu zawodników plus kilku młodszych koszykarzy w protokole meczowym.

Czy to oznacza, że nadchodzący sezon będzie trudniejszy od poprzedniego…

- Mam świadomość, że każdy będzie patrzył nam, mnie przede wszystkim, na ręce, a oczekiwania będą duże. Wiem, że każdy mankament będzie rozbierany na części pierwsze, a te pozytywne elementy, czy to naszej gry, czy same wyniki, będą traktowane jako coś oczywistego. Jestem w koszykówce na tyle długo, aby się do tego przyzwyczaić. Chcę jednak powiedzieć jedno: my, w tym kształcie sztabu szkoleniowego jaki jest we Włocławku, jesteśmy naprawdę samokrytyczni i każda porażka sprawia, że staramy się wyeliminować nasze błędy. Wiem, że kibice lubią zabierać głos na temat tego jak powinniśmy grać, lub jak nie powinniśmy, ale jak to wszędzie w życiu: nie wszyscy, którzy wypowiadają się na dany temat, znają się na nim. Ja mam wielki szacunek dla włocławskich fanów, bo przez cały sezon regularnie wspierało nas kilka tysięcy gardeł. Jestem im za to wdzięczny. A jak dochodzą do mnie pojedyncze głosy, że – dla przykładu – nie powinniśmy więcej grać strefą, to ja mogę tylko się uśmiechnąć…

Dlaczego?

- Nigdy nie zabierałem głosu na ten temat oficjalnie, może czas zrobić to po raz pierwszy. Słyszałem, że „strefa Igora” to przeżytek i nikt nigdzie taką obroną nie gra w nowoczesnej koszykówce. Tyle tylko, że owszem, momentami gramy strefą, ale to margines. Kilka procent. Przede wszystkim gramy obroną „match-up”, która jest jedną z nowinek w dzisiejszej koszykówce. Nie chcę wyjść na aroganta, który pozjadał wszystkie rozumy, ale ja, jako trener, doskonale wiem, że strefą 1-3-1 gramy zaledwie co któryś mecz, a zdecydowanie częściej stosujemy właśnie obronę „match-up”. Dla kibica jednak to jedno i to samo i ja to rozumiem, że szczegóły, szczególiki, nie zostaną dostrzeżone. Bo skoro zdarzają się sytuacje, w których zawodnicy z przeciwnych drużyn nie w pełni rozumieją w jaki sposób Anwil broni, to nie mogę oczekiwać, aby wszystkie niuanse zauważali fani.

Zatem wyjaśnijmy – czym jest obrona „match-up”, czym jest obrona Anwilu Włocławek?

- Ciężko to wyjaśnić osobie, która interesuje się koszykówką, ale nie wchodzi w niuanse taktyczne, bo – z prostej przyczyny – nie ma do nich dostępu. Dla przykładu –ale też nie chciałbym, aby to brzmiało arogancko, po prostu takie są fakty – mieliśmy sytuacje, w których dopiero wtedy koszykarze zaczynali rozumieć naszą obronę, gdy dołączali do Anwilu, a wcześniej, gdy grali przeciwko nam, znali ją tylko pobieżnie. Dlatego ja nie mam żalu do ludzi, którzy zaszufladkowali naszą grę w defensywie jako „strefę”, bo nie mają prawa znać szczegółów. I w tym kontekście, a odnosząc się też do pytania o to, że nadchodzący sezon będzie trudniejszy, mogę powiedzieć tak: chciałbym aby kibice mieli do mnie zaufanie i wierzyli, że zrobię wszystko, aby Anwil osiągał sukcesy, ale też rozumiem, że po ostatnim sezonie będzie istniało niezrozumienie pracy mojej, czy mojego sztabu.

4 maja odebrał pan statuetkę dla najlepszego trenera sezonu, a 10 dni później spadł z nieba do piekła…

- Koszykówka nauczyła mnie, że od największego sukcesu do największego blamażu dzieli cię jedna piłka rzucona albo idealnie, albo lekko za mocno. Nie zawsze jednak ta jedna piłka jest odzwierciedleniem rzeczywistej pracy. Koszykówka to nie jest matematyka, gdzie dwa plus dwa zawsze daje cztery. To coś zdecydowanie trudniejszego i głębszego. Wierzę jednak, że każde doświadczenie czegoś uczy i dlatego z pokorą wypatruję szansy w nowym sezonie.

Z poprzedniego składu zostało czterech graczy: Paweł Leończyk, Kamil Łączyński, Josip Sobin i młody Rafał Komenda. To dużo?

- Mogło więcej. Jednym z wariantów było zostawienie sześciu graczy, ale nie zawsze plany uda się zrealizować w 100 procentach. Ja uważam, że w obliczu naszych możliwości finansowych przedłużenie umów z Kamilem, Pawłem i Josipem to bardzo duży sukces. Proszę pamiętać, że cała trójka ma za sobą bardzo dobre sezony. To były sezony, w których każdy z nich zrobił progres, co z automatu oznacza, że ich wartość rynkowa wzrosła. Nam udało się natomiast przekonać ich do dalszej gry w Anwilu i to naprawdę duży sukces. Rafał Komenda z kolei to młody zawodnik, który – mam nadzieję – poprzez treningi udowodni, że warto na niego stawiać i włączyć go do regularnej rotacji.

Do ekipy dołączyło dwóch polskich graczy: Michał Nowakowski i Jarosław Zyskowski.

- Rynek Polaków jest mocno zawężony każdego roku, więc my tak naprawdę szukamy okazji. Nie zmienia to jednak faktu, że i Michała, i Jarka chciałem w przeszłości, bo widziałem w nich potencjał, który może mi pomóc. Michał Nowakowski to taka młodsza, bardziej sprawna i lepiej zbierająca wersja Fiedji Dmitriewa. Dodatkowo jednak, to zawodnik, który świetnie rzuca z dystansu, więc rywale będą musieli go pilnować, co z kolei sprawia, że Leon i Josip będą mieli więcej miejsca pod koszem. Jarek Zyskowski  natomiast ma gabaryty, jest silny, nieźle ścina pod kosz i ma pewny rzut z daleka. Uważam, że możemy wykorzystać go nie tylko w ataku, ale także w defensywie. Mam jednocześnie wrażenie, że on jest trochę takim talentem, który nie do końca rozwinął się tak, jak mógłby. Liczę więc, że u nas wreszcie ten moment nastąpi. Na pewno będziemy wymagać od niego pewnych rzeczy, które umownie nazywa się „brudną robotą”, ale też damy mu możliwości, aby rozwijał się w ataku.

Jedynym nowym koszykarzem zagranicznym jest Myles McKay. Kibice mają najwięcej obaw o jego formę. Nie grał w końcu rok.

- Myles wkrótce dołączy do nas i wierzę, że pojawi się w dobrej dyspozycji. Przez cały ten przykry okres, w którym nie grał w żadnym zespole, mocno trenował i pozostawał w formie. Nie mam obaw o jego kondycję, choć oczywiście zawsze ryzyko istnieje. Jeszcze raz jednak przypomnę – mamy określone możliwości finansowe i musimy szukać pewnych okazji na rynku. McKay w odpowiedniej formie gwarantuje nam jednak bardzo dużo: kreatywność, wszechstronnie zdobywane punkty oraz zbiórkę. Takiego koszykarza szukałem i cieszę się, że takiego udało się znaleźć.

Drużyna rozpoczęła już przygotowania, ale nie jest w pełnym składzie. Ilu zawodników jeszcze wzmocni Anwil?

- Mamy dwa-trzy warianty już z konkretnymi koszykarzami, nazwiskami, a nie profilami ogólnymi zawodników, jakich chcielibyśmy mieć. Oczywiście, że chciałbym, aby wszystko wyjaśniło się już dzisiaj, aby jutro czy pojutrze zjawili się na treningu, ale tak się nie da. Negocjacje to ciągłe przedłużanie, zawodnicy wybierają inne opcje, czekają na lepsze oferty. To wszystko trwa. Niemniej jednak mogę powiedzieć, że najprawdopodobniej dołączy jeszcze do nas – na ten moment – dwóch zawodników.  Albo będzie to wariant z dwoma koszykarzami obwodowymi, albo jeden gracz na obwód i drugi pod kosz. Wszystko zależy od tego, jak potoczą się rozmowy z kandydatami.

Spinając ten wywiad klamrą – czy po sezonie nie miał trener myśli, aby zakończyć współpracę z Anwilem Włocławek?

- Dochodziły do mnie głosy, abym dał sobie spokój i wiem, że kibice we Włocławku nie do końca wierzą we mnie i moją pracę. Uważam, że najprościej byłoby odejść i pozostawić komuś innemu, aby się martwił o obecną sytuację. To jednak nie leży w mojej naturze. Ja czuję związek z tym miastem i chcę przekonać – ciężką pracą całego sztabu, zawodników i klubu – wszystkich, że możemy jeszcze przywrócić koszykarskiemu Włocławkowi blask.