Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

James Washington: W hali 24 h na dobę

Wtorek, 17 Stycznia 2017, 10:17, Michał Fałkowski

Szczerze o swojej karierze i błędach, o mieście, od którego uciekał, o koszykówce, która jest dla niego całym życiem oraz o transferze do Anwilu opowiada nowy playmaker zespołu – James Washington.

Michał Fałkowski: Kiedy pomyślałeś sobie po raz pierwszy: „Będę grał zawodowo”?

James Washington: Chyba na trzecim roku studiów. Miałem wówczas około 20 lat. To było jakoś, gdy doznałem kontuzji złamania kostki, rok wcześniej zmieniłem szkołę i ostatecznie musiałem pauzować przez cały sezon. Pamiętam, że na studiach mieliśmy w składzie wielu ciekawych graczy i sporo skautów przyjeżdżało na mecze naszej uczelni. Wielu graczom wróżono karierę zawodową i jedną z takich osób byłem ja. Oczywiście, zainteresowanie zwiększało się wraz z kolejnymi latami i pod koniec studiów właściwie byłem pewien, że będę grał zawodowo. Zwłaszcza zrobiło się o mnie głośno, gdy w jednym z meczów trafiłem 10 trójek, co było rekordem uczelni. Wówczas ktoś mi powiedział, że muszę zainwestować w siebie jeszcze mocniej. Tylko jak to zrobić, gdy już wtedy i tak spędzałem w hali 24 godziny na dobę.

To taki banał…

- Nie, nie! Razem z moim kolegą nawet… spaliśmy w hali! Od rana mieliśmy zajęcia szkolne, a potem tylko trening i nasze dodatkowe ćwiczenia. Oddawaliśmy setki, tysiące rzutów. Ćwiczyliśmy razem, albo z użyciem specjalnych maszyn, które zbierają piłkę i odrzucają do ciebie. Wstęp do sali mieliśmy 24 godziny na dobę, a jak byliśmy zmęczeni, to wówczas szliśmy do pokoju relaksu. Tam mieliśmy wielki telewizor, kanapy i PlayStation. I tam też chodziliśmy spać. Do pokoju w akademiku nie było sensu wracać, bo na drugi dzień przecież to samo.

Wielki wysiłek młodego sportowca. Rzadko kto w tym wieku ma taki etos pracy.

- To prawda, ale z drugiej strony – czy to aż takie nienaturalne, czy to coś nienormalnego? Właśnie dla mnie to było coś oczywistego i nie byłem jedyny, który ćwiczył w ten sposób. Na studiach nie ma wymówek. Do hali możesz pójść kiedy chcesz, trenerzy są na twoje zawołanie, masz dostęp do całego sprzętu. Wszystko zależy od ciebie.

Wiesz, ja wychowywałem się w bardzo niewdzięcznym mieście, Saint Louis. Gdy byłem mały, to miasto było stolicą… morderstw w Stanach Zjednoczonych. Pewnie i dzisiaj jest w pierwszej piątce tej haniebnej kategorii. Dlatego moi rodzice robili wszystko, aby trzymać mnie z dala od złego i robili to poprzez zachęcanie do sportu.

Miłość do koszykówki była, nazwijmy to, „od pierwszego wejrzenia”?

- Moim ulubionym sportem był baseball, bo mój tata uprawiał ten sport i był całkiem dobrym graczem. Z racji tego jednak, że przez pięć lat jako dziecko mieszkałem w Niemczech – moja mama pracowała w wojsku – nie ograniczałem się tylko do baseballu. Grałem także w piłkę nożną i oczywiście koszykówkę. Baseball jednak długo dominował w moim życiu, także jak wróciliśmy do USA. Jestem leworęczny, co w baseballu ma bardzo duże znaczenie. Istniała jednak w moim życiu bardzo ważna postać – Kenslow, mój kuzyn. Byliśmy jak bracia. Razem w zespole baseballowym, razem w koszykarskim, z tym, że ja chciałem grać w baseball, a on był lepszy, dużo lepszy w koszykówkę. Niestety gdy miał 15 lat, poniósł śmierć w wypadku samochodowym, a ja – jako nastolatek – uznałem, że muszę, po prostu muszę grać w koszykówkę. I dzisiaj nie żałuję. Koszykówka to moje życie. Gram, trenuję, oglądam NBA, oglądam Euroligę…

Widziałem na twoich mediach społecznościowych – często informujesz kibiców o tym, jaki mecz akurat oglądasz.

- Nigdy nie wiesz czym życie cię zaskoczy. Oglądam, bo chcę być na bieżąco. Chcę znać zespoły, zawodników, trenerów, nie chcę przestawać myśleć o koszykówce i marzyć… I trenuję, trenuję zawzięcie, bo wolę być gotowym na każdą okoliczność, niż miałbym się do niej przygotowywać (angielska gra słów – „staying ready, no getting ready” – przyp. M.F.).

Możemy wrócić do kwestii twojej kariery? Po studiach wylądowałeś w Europie.

- Po zakończeniu studiów agenci namawiali mnie na to, abym kręcił się wokół NBA, choć zwracali uwagę, że przeszkodą może być mój wzrost. Radzili mi abym trenował, a oni spróbują zrobić szum wokół mojego nazwiska. I rzeczywiście. Dochodziły mnie słuchy o możliwych treningach, ligach letnich czy angażu przez ekipy z NBDL. I tak mijały mi tygodnie i miesiące w oczekiwaniu, aż przyszedł listopad i uznałem, że nie mogę dalej czekać. Otrzymałem ofertę z niemieckiego TBB Trier, w którym grał mój dobry znajomy Dru Joyce (były zawodnik Anwilu – przyp. M.F.). Klub zaoferował mi miesięczne testy, w trakcie których – to jest dobre – mieliśmy grać z trzema najlepszymi niemieckimi zespołami: Albą, Bayernem i Bambergiem. Pamiętam, że przeciwko Bayernowi rzuciłem 13 oczek, w innych meczach grałem solidnie i mnie zostawili.

Pamiętasz ten dzień, w którym po raz pierwszy otrzymałeś pieniądze za wykonywanie swojej pracy, czyli po prostu granie w koszykówkę?

- To był wielki dzień. Nagle zrozumiałem, że ja naprawdę jestem w gronie niewielu – w odsetku ludzi na świecie – szczęśliwców, którzy zarabiają pieniądze dzięki temu, co kochają. To było dla mnie wielkie wydarzenie. Uświadomiłem sobie też kilka innych rzeczy: że jestem w bezpiecznym miejscu, w bezpiecznym kraju, z dala od tych wszystkich problemów w Saint Louis i zaczynam zarabiać na siebie. To było budujące i jednocześnie działało na wyobraźnię.

Dzisiaj jesteś doświadczonym koszykarzem a kariera prowadziła cię przez wiele lig: szwedzką, belgijską, niemiecką, francuską, chorwacką, teraz polską… Nigdy jednak nie grałeś w topowych, czołowych klubach tych lig. Czy jest jakakolwiek decyzja, której jeszcze raz byś nie podjął?

- Chyba niczego nigdy nie żałowałem, choć robiłem błędy. Podpisałem z kimś kontrakt za szybko, albo znowuż czekałem zbyt długo i fajnie oferty mijały mi obok nosa. Moi rodzice uczyli mnie jednak, że trzeba uczyć się na błędach i każdą sytuację traktować jako lekcję.

Do Anwilu Włocławek trafiłeś tylko dlatego, że w swoim wcześniejszym klubie w tym sezonie, szwedzkim Borasie Basket, zawarłeś klauzulę…

- Tak, ale zanim o tym opowiem, muszę powiedzieć jak to się stało, że trafiłem do Borasu. To był przypadek. Do Szwecji pojechałem po to, aby odwiedzić znajomego na kilka dni, a po powrocie miałem podpisać kontrakt we Francji. Więc poleciałem do Szwecji, do Borasu, gdzie moim znajomym był generalny menedżer tego klubu. Któregoś dnia wpadłem też do hali, bo w zespole było kilku graczy, których znałem z przeszłości. Zacząłem rzucać i wówczas podszedł do mnie trener, mówiąc: „Wiem, że nie jesteś nasz, ale może chcesz z nami potrenować”? Uznałem, że to świetny pomysł, choć mój agent się sprzeciwiał. Bał się, że odniosę kontuzję i z kontraktu we Francji nic nie wyjdzie.

I z tego kontraktu i tak nic nie wyszło…

- Ostatecznie potrenowałem trochę, a po kilku dniach… Boras zwolnił rozgrywającego i zaproponował mi umowę. Odrzuciłem ją, bo nie była satysfakcjonująca. Po chwili jednak otrzymałem drugą ofertę i ta była już bardzo solidna: większa pensja, większe bonusy oraz wspomniany przez ciebie szczegół: opcja rozwiązania umowy przeze mnie, gdybym otrzymał lepszą ofertę. Generalny menedżer powiedział mi, że podpisali mnie, abym pomógł im w pierwszej fazie sezonu, bo i tak spodziewa się, że za kilka miesięcy ktoś się pojawi z ofertą. I pojawił się Anwil.

Kontrakt podpisałeś tuż po Świętach Bożego Narodzenia, ale rozmowy trwały przez kilka wcześniejszych dni…

- Gdy wyjeżdżałem do domu na święta, wiedziałem już, że Anwil się mną interesuje. Po ostatnim meczu powiedziałem o tym jednak tylko dwóm moim rodakom, kolegom z drużyny. Stwierdziłem, że po świętach będą musieli radzić sobie raczej beze mnie, bo to dla mnie szansa, którą muszę wykorzystać. Gdy mój agent poprosił o rozwiązanie umowy, generalny menedżer zadzwonił do mnie i powiedział, że klub nie będzie robił mi problemów. Gdy wróciłem do Szwecji, bo tam też miałem wszystkie swoje rzeczy, podaliśmy sobie ręce i rozpocząłem swoją przygodę w Polsce.

Jak wspominasz moment swojego debiutu w Hali Mistrzów?

- To było świetne! Coś absolutnie nie do opisania. Gdy tylko reagowałem emocjonalnie, widziałem, że podoba to się naszym fanom, a gdy trener kazał mi wejść do gry, słyszałem tę wrzawę za swoimi plecami. Niesamowite uczucie. Przecież ci ludzie musieli wiedzieć, że przyjechałem do Włocławka zaledwie kilka godzin wcześniej i jasne było, że nagle nie odmienię meczu. Trener też powiedział mi wcześniej, że da mi tylko chwilę na parkiecie, abym poczuł tę atmosferę. No a ja…

Oddałeś jeden, bardzo specyficzny rzut…

- Haha, tak się wczułem, że gdy miałem wysokiego przed sobą, który krył mnie agresywnie, to zamiast grać jeden na jednego, odpaliłem rzut, który ledwo dotknął tablicy (śmiech). Piłka dobrze leciała, użyłem tylko trochę, troszeczkę za dużo siły (śmiech). Mam nadzieję, że to ostatni taki rzut w tym sezonie. Liczę, że począwszy od starcia z Polskim Cukrem Toruń będzie tylko lepiej (wywiad przeprowadzony kilka dni przed meczem derbowym, w którym Washington rzucił trzy trójki i rozdał 11 asyst – przyp M.F.).

Gdy zapytaliśmy cię o wybór numeru, szybko odpisałeś, że jeśli tylko 15 jest wolna, to bierzesz ten numer.

- To historia związana z moim kuzynem, Kenslowem. On grał z 15 i tak jak powiedziałem wcześniej – byliśmy jak bracia. Mieszkaliśmy obok siebie, spędzaliśmy ze sobą czas, graliśmy w baseball, w koszykówkę. Był lepszy ode mnie. Wyższy, silniejszy, z lepszym rzutem. Miał jednak taką tendencję, że siadając w samochodzie z tyłu, zawsze siadał pośrodku, nigdy przy oknie… I gdy kierowca stracił panowanie nad autem, gdy było uderzenie… jego wyrzuciło do przodu… Nie miał na nic wpływu,  a po chwili jego głowa utknęła tam, gdzie są pedały gazu i hamulca… Gdy po kilku godzinach widziałem go w szpitalu, nie było szans praktycznie szans. Albo śmierć, albo trwałe inwalidztwo. Ja miałem wtedy 15 lat i dużo czasu zajęło mi to, żebym zrozumiał co się wtedy stało.

Tatuaż na lewym przedramieniu to dedykacja dla niego?

- Tak. Zrobiłem go sobie na studiach. Jakieś sześć lat po wypadku. Jeszcze nie jest skończony, choć może tak się wydawać. Widnieje na nim Kenslow jako anioł. Przytula postać, która klęczy przy nim, płacząc. To jestem ja. Płaczę, bo go nie ma, choć wierzę, że on opiekuje się mną z góry. Nad nami jest napis: mój szósty gracz. Chodzi o to, że na parkiecie jest nas piątka, a on jest szósty. Tam na górze. Jeśli więc trafiam jakiś szalony rzut, to pamiętajcie: to nie ja, to Kenslow (śmiech)!

Podobno przed podpisaniem kontraktu trener Igor Milicić zadał ci bardzo ważne pytanie i poprosił o szczerą odpowiedź…

- To prawda. Trener zapytał mnie przez telefon: „Dlaczego twój potencjał jest dużo lepszy, niż pokazują to twoje mecze, a zwłaszcza twoja kariera?”. Cholernie trudna kwestia…

Zatem dlaczego?

- Zawsze starałem się iść tam, gdzie mogłem zrobić krok do przodu, ale to nie zawsze wychodziło. Byłem w Chorwacji i zamiast dokończyć sezon, odszedłem do Francji, bo liga francuska jest lepsza od chorwackiej. Nic mi to nie dało, a musiałem przystosowywać się do nowej gry kilka tygodni i gdy rozegrałem 13 meczów, sezon się skończył. Kiedy w trakcie innego sezonu zamieniłem Szwecję na Belgię i potem po sezonie otrzymałem ofertę przedłużenia umowy, odmówiłem, bo uznałem, że gdzieś indziej będę miał lepsze warunki gry i więcej pieniędzy. Czekałem, czekałem, nic nie wyszło i znowu wróciłem do Szwecji…

I takich sytuacji miałem kilka, ale nie szukam żadnych wymówek! Jest, jak jest. Staram się myśleć pozytywnie i z każdej sytuacji wynosić tylko pozytywne emocje. Jestem koszykarzem, który całe życie poświęcił i poświęca koszykówce. Z hali mogę praktycznie nie wychodzić, a jak wracam do domu to i tak oglądam koszykówkę. Na parkiecie nigdy nie będę grał samolubnie tylko będę grał tak, żeby było najlepiej dla zespołu. Wiesz, ja tyle dałem koszykówce od siebie, że wierzę, że ona, ta piękna dyscyplina sportu kiedyś mi się odwdzięczy. Może jakimś mistrzostwem, może jakimś medalem. Indywidualnych sukcesów i rekordów mi nie brakuje, ale cały czas marzę o sukcesie drużynowym.